fot. tomasz jabłoński 16x9

„Dla mnie sukcesem jest już to, że mogę tworzyć po swojemu”. Daniel Godson o sukcesie bez kompromisów

Jeszcze niedawno pracował na recepcji łódzkiej siłowni, a dziś ma za sobą występy na Open’er Festival, Męskim Graniu, Orange Warsaw Festival i Stadionie Narodowym. Daniel Godson w krótkim czasie przeszedł drogę od publikowania coverów w internecie do wydania debiutanckiego albumu „Pytania”. W rozmowie z nami opowiada o odwadze potrzebnej do porzucenia stabilnej pracy, wierze, która pomaga mu podejmować decyzje, oraz o cenie popularności. Zastanawia się, czy mainstream da się pogodzić z artystyczną autentycznością i zdradza, w jakim kierunku chce rozwijać swoją muzykę.

[Damian Paluszkiewicz] Pierwszym utworem na Twoim debiutanckim albumie „Pytania” jest „Talent”. Pytasz w nim: „A co, jeśli zakopałem talent?”. Słuchając płyty, wiem, że talentu muzycznego z pewnością nie zakopałeś. Czy czujesz jednak, że są jeszcze jakieś talenty, których nie wyciągnąłeś na powierzchnię?

[Daniel Godson] Ciekawe pytanie. Rzadko się nad tym zastanawiam, bo muzyka jest jednym z głównych talentów, które staram się rozwijać. Myślę, że inne mogą jeszcze być na bardzo wczesnym etapie. Mam łatwość uczenia się instrumentów i takim nierozwiniętym do końca talentem może być saksofon. Uczyłem się sam, nie chodziłem do szkoły muzycznej na ten instrument. W ciągu kilku miesięcy doszedłem do poziomu, na którym mogłem już nagrywać partie w domu. Mogę zrobić dwadzieścia podejść i wybrać najlepsze, ale to już pozwala mi wykorzystywać saksofon w muzyce. Ostatnio, ze względu na brak czasu, trochę odłożyłem go na bok. A talent niezwiązany z muzyką? Chyba jestem tak mocno na niej skupiony, że jeszcze go nie odkryłem.

Piszesz własne teksty, a jednym z miejsc, w których nad nimi pracowałeś, była siłownia. To dość nietypowe otoczenie dla pracy twórczej: ludzie przychodzą i wychodzą, bywa głośno. Jak udawało Ci się tam skupić? Czy osoby, które spotykałeś, stawały się inspiracją do tekstów?

Myślę, że na pewno, czasem nawet nieświadomie. Teksty powstają u mnie naturalnie, kiedy coś przeżywam, kiedy pojawiają się emocje. A przecież zawsze coś przeżywamy: czasem jesteśmy szczęśliwi, czasem smutni, a nawet neutralny stan można jakoś opisać. Praca na siłowni dawała mi dużo radości. Była dla mnie wygodna, może poza pobudkami o 4:30, żeby otworzyć klub. Były jednak spokojniejsze godziny, kiedy mogłem się wyciszyć. Najczęściej pisałem około 10:00-11:00, kiedy wiele osób było już w pracy.

Były też godziny dużego ruchu i mnóstwo rozmów, często bardzo życiowych. Z jednej strony byłem osobą pierwszego kontaktu, z drugiej miałem wrażenie, że niektórzy przychodzili bardziej po to, żeby z kimś porozmawiać, niż żeby ćwiczyć. Cieszyłem się, że mogłem dać im taką przestrzeń. Myślę, że ten rok pracy ukształtował mnie i mój charakter, również ten widoczny w tekstach.

Ostatecznie zrezygnowałeś z tej pracy, żeby skupić się na muzyce. Kiedy poczułeś, że to właściwy moment?

Odszedłem pod koniec lutego zeszłego roku (2025 – przyp. red.). Czułem bardzo mocno, że nadszedł czas, żeby zainwestować w muzykę na sto procent. Brakowało mi czasu. Kiedy pracowałem na siłowni, też chciałem robić wszystko dobrze, rozwijać się i uczyć. Ale wracałem do domu zmęczony po pobudce o 4:30 i trudno było jeszcze pisać teksty, nagrywać i łączyć te wszystkie rzeczy. Zobaczyłem w pewnym momencie okazję, żeby spróbować, i zdecydowałem się z niej skorzystać.

Po odejściu z pracy przyszło chyba pół roku spowolnienia. A potem nagle pojawiły się koncerty: Debiuty w Opolu, ZORZA, Letnie Brzmienia, Męskie Granie. Kiedy się zwalniałem, mieliśmy w planach może jeden czy dwa występy na lato. Ostatecznie w ubiegłym roku zagraliśmy ich około dwudziestu.

„Dla mnie sukcesem jest już to, że mogę tworzyć po swojemu”

Sama decyzja musiała być trudna. Wiele osób chciałoby rzucić stabilną pracę i poświęcić się pasji, ale obawia się konsekwencji finansowych czy niepewności. Jak wyglądało to u Ciebie?

Muszę zacząć od tego, że jestem osobą wierzącą. Tak naprawdę z tego wyszła cała decyzja. Miałem w sobie bardzo silne poczucie, że powinienem odejść, choć sam chciałem zostać. Ludzie dookoła też raczej radzili mi, żebym został. Miałem pracę, zarabiałem, mogłem inwestować w muzykę, a koncertów jeszcze prawie nie grałem. To było bezpieczne miejsce.

Ta myśl wracała jednak od października. Dopiero w styczniu zebrałem się na odwagę, żeby coś z nią zrobić. To nie była decyzja podjęta w tydzień. Kilka razy drukowałem wypowiedzenie i trzymałem je, nie wiedząc, czy je wręczyć. Ciągle odkładałem ten moment, bo brakowało mi odwagi. W końcu uznałem, że jeśli nie wyjdzie, mogę przecież znowu poszukać podobnej pracy.

Miałem też inne możliwe drogi. Nie poszedłem na studia, chociaż dobrze zdałem rozszerzoną matematykę w liceum i rozważałem politechnikę czy kierunek związany z matematyką. Cały czas czułem jednak, że to nie jest moje miejsce. Chciałem zaryzykować i zobaczyć, co wydarzy się z muzyką, zamiast później żałować, że nie spróbowałem.

Poszedłeś za intuicją i głosem serca. Z dzisiejszej perspektywy powiedziałbyś innym, żeby podejmowali podobne ryzyko?

To bardzo zależy od sytuacji życiowej. Wtedy byłem niedługo po liceum i mieszkałem z mamą. Mogłem sobie pozwolić na takie ryzyko. Teraz mieszkam z żoną i mam znacznie większą odpowiedzialność. Gdybym dzisiaj pracował na siłowni i stanął przed tą samą decyzją, pewnie byłoby mi trudniej. Ale uważam, że warto robić takie kroki. Czasem małe decyzje prowadzą do czegoś, z czego później naprawdę się cieszymy. Dla mnie był to krok wiary w nieznane.

Twoje teksty są przemyślane i niekoniecznie wpisują się w typową formułę radiowego popu. Czy dla artysty, który dorastał w epoce streamingu, obecność w radiu pozostaje ważnym celem? A może wystarczy Ci docieranie do odbiorców innymi kanałami?

Bardzo długo o tym myślałem. Radio potrafi być ogromną trampoliną dla artysty, ale nie jest wszystkim. Nie chciałbym budować swojej drogi wokół celu, którym byłoby granie w radiu. Jest wiele dróg: radio, streaming i inne możliwości. Czy któraś z nich sama w sobie definiuje sukces?

Dla mnie sukcesem jest już to, że mogę tworzyć po swojemu. Nawet jeśli słuchałoby mnie pięćdziesiąt osób, ale naprawdę słuchałyby tego, co wychodzi z mojego serca, to byłby dla mnie ogromny sukces. Większy niż dotarcie do większej liczby ludzi kosztem spłaszczania tego, co chcę powiedzieć. I nie twierdzę, że przystępniejsza muzyka jest czymś złym. Po prostu każdy musi wybrać własną drogę. Dawno zdecydowałem, że chcę dzielić się autentycznie tym, co mam w sobie. Wierzę, że to może ludziom pomagać, że mogą się z tym utożsamiać, właśnie dlatego, że jest zwyczajne i prawdziwe.

Daniel Godson, Leon Krześniak – Na chwilę

Czyli jakość przed ilością?

Tak. Oczywiście usłyszenie swojej piosenki w radiu byłoby bardzo miłe. Wyobraź sobie, że wsiadasz do samochodu, włączasz przypadkową stację i nagle leci Twój utwór. To fantastyczne uczucie, że muzyka dociera do tylu ludzi. Nie chcę jednak tworzyć po to, żeby zadowalać radio. Chcę wyrażać siebie w stu procentach. Jeżeli kiedyś powstanie piosenka, która będzie jednocześnie całkowicie moja i radiowa, to świetnie. Ale to nie jest mój główny cel.

Radio kojarzy się też z mainstreamem. Jak go postrzegasz? Czy duża popularność musi oznaczać utratę autentyczności?

Patrzę na to z perspektywy osoby, która nie uważa się za część mainstreamu. Chociaż może „Pomiędzy” gdzieś się już o niego otarło. Dla mnie mainstream jest trochę przerażający. Jesteś wystawiony na krytykę, słucha Cię ogromna liczba ludzi. Myślę, że warto budować swoją drogę powoli, żeby mieć mocne fundamenty. Jeśli wejdziesz na samą górę bardzo szybko, równie szybko możesz z niej spaść.

Najpierw pojawiła się ogromna popularność, a chwilę później fala hejtu. Gdybym sam przeżył tydzień bycia na szczycie, a w następnym zderzył się z masową krytyką, pewnie musiałbym wyłączyć media społecznościowe i pobyć sam ze sobą. Nie wiem, czy ta presja nie byłaby zbyt duża.

Żyjemy w czasach, w których każdy musi mieć opinię o wszystkim. Każdy ma do niej prawo, ale często zapomina się, że po drugiej stronie jest człowiek, a nie produkt. Krytyka pozbawiona takiej wrażliwości potrafi bardzo męczyć.

„Każdy ma prawo do własnej opinii, ale często zapomina się, że po drugiej stronie jest człowiek, a nie produkt”.

A gdybyś mógł wybrać, chciałbyś w pełni wejść do mainstreamu, czy raczej rozwijać własną niszę, zachowując obecną swobodę?

Na pewno chciałbym dojść dalej niż teraz, bo to część rozwoju. Ale nie wiem, czy chciałbym należeć do absolutnej czołówki popularności. Jeśli wydarzyłoby się to naturalnie, przyjąłbym tę sytuację i chciałbym jak najlepiej z niej skorzystać. Sława ma wiele zalet: możesz grać wielkie trasy, nawet na stadionach, i przeżywać rzeczy, których inaczej byś nie doświadczył. Ma też zapewne sporo minusów, których jeszcze nie znam.

Chyba wolałbym powoli budować swoją przestrzeń, trochę większą niż obecnie. Muzyka dominująca teraz w mainstreamie nie zawsze jest mi bliska. Częściej znajduję coś dla siebie u mniejszych artystów. Fajnie byłoby jednak wejść tam z alternatywnym brzmieniem i trochę zamieszać. Na razie mogę budować fundamenty, żeby w przyszłości twardo stać na nogach.

Piszesz o własnych doświadczeniach, ale czy jest w Twoich tekstach miejsce na literacką fikcję? Czy zdarza Ci się opowiadać wymyśloną historię opartą na prawdziwych emocjach?

Właściwie nie, chociaż jeden wyjątek się znalazł. To „Dasz mi chwilę”, jeden z moich najstarszych polskich singli, chyba nawet drugi. Jest tam trochę moich emocji, ale też historia, którą sobie wyobraziłem, niemal jak sceny z filmu. Nigdy nie czułem się z tym do końca dobrze. Miałem wrażenie, że chowam się za historią kogoś innego, zamiast opowiedzieć o tym, co sam przeżyłem. A przecież każdy z nas przeżywa tyle rzeczy, którymi może się podzielić.

Z drugiej strony czasami myślę, że ciekawie byłoby napisać coś z innej perspektywy, wyjść poza własną historię. To mogłoby otworzyć głowę. Przecież wiele świetnych filmów nie jest opartych na faktach, a mimo to niosą ważne przesłanie, zmieniają sposób myślenia i wpływają na kulturę.

Pisałeś kiedykolwiek teksty dla innych wykonawców?

Nie. Kiedyś zastanawiałem się, czy nie zostać również songwriterem, ale pisanie jest dla mnie bardzo intymnym momentem. Trochę stresuję się, kiedy tworzę z innymi ludźmi. Podczas sesji pisania piosenek zdarza się, że spotykasz artystę po raz pierwszy, masz piętnaście minut, żeby go poznać, a w ciągu kolejnych dwóch godzin powinieneś napisać tekst o jego przeżyciach. Nie chciałbym spłycać tego, co ktoś czuje. Nie jestem też osobą na tyle ekstrawertyczną, żeby w kwadrans przełamać wszystkie bariery i napisać z kimś niesamowity utwór.

Co sądzisz o ghostwritingu, czyli pisaniu tekstów, pod którymi jako autor podpisuje się ktoś inny?

Mam z tym problem, bo odbiorcy mogą być wprowadzani w błąd. Z jednej strony współpraca przy utworach jest czymś dobrym. Kilka osób wnosi emocje i pomysły, może powstać z tego świetna muzyka. Ale dlaczego nie podpisać wszystkich twórców? Dlaczego udawać, że coś zostało napisane samodzielnie?

Jednocześnie widzę, że to skomplikowany temat. Niektórzy autorzy mogą nie chcieć rozpoznawalności, wolą zostać w cieniu. Są też umowy, które nie pozwalają mówić, dla kogo się pisze. Trzeba rozpatrywać konkretne sytuacje. Sam nie chciałbym jednak przypisywać sobie pomysłów innych ludzi. Chodzi o autentyczność, ale też o uczciwe uznanie wkładu wszystkich osób, które stworzyły utwór.

Wiara i wartości chrześcijańskie są ważną częścią Twojego życia i pojawiają się w muzyce. Jak odnajdują się w świecie show-biznesu? Zdarzają się napięcia między tymi światami?

Bardzo dużo. Zwłaszcza przy podejmowaniu decyzji. Pojawiają się różne propozycje, a ja czuję, że niektórych nie chcę przyjmować ze względów moralnych. Cieszę się jednak, że mam zespół, który to rozumie. Mój menedżer Patryk całkowicie akceptuje kierunek, który wybraliśmy. Od początku ustaliliśmy, że pewnych rzeczy po prostu nie robimy, i tego się trzymamy.

Chcę mieć czyste serce i czyste sumienie. Nie chcę potem zastanawiać się, czy postąpiłem niewłaściwie. W tej branży można chodzić na skróty i być może dzięki temu niektóre rzeczy wydarzyłyby się szybciej. Ale wolę iść dłuższą drogą. Nawet gdyby zajęła czterdzieści lat, chciałbym na końcu powiedzieć, że jestem zadowolony ze swoich decyzji.

Czyli nie chodzi o to, żeby było łatwiej, tylko właściwie. Na jakie kompromisy nie chcesz sobie pozwalać?

Przede wszystkim nie chcę wybierać drogi na skróty tylko dlatego, że coś może być bardziej hitowe, nośne i przynieść więcej wyświetleń. Samo myślenie o tym nie jest złe, ale czasami odbiera autentyczność. Im dłużej tworzę, tym mniej zgadzam się na kompromisy, z którymi nie czułbym się dobrze, nawet jeśli mogłyby zwiększyć liczbę odbiorców.

Nie chcę budować popularności na czymś nietrwałym. Bywa, że artysta ma ogromny rozgłos, a po chwili znika. Wolę pięćdziesiąt czy sto tysięcy odtworzeń zdobywanych powoli, ale dzięki muzyce, którą naprawdę chcę robić.

A jak zareagowałeś, kiedy „Pomiędzy” przekroczyło dziesięć milionów odtworzeń?

To był szok. Jestem za to ogromnie wdzięczny. Pojechaliśmy wtedy do Londynu, Vito (Vito Bambino – przyp. red.) powiedział, że mogę spróbować, więc zacząłem podśpiewywać. Chyba dopiero wtedy odkrył, że potrafię śpiewać, że nie ograniczam się do rapowania. Pozwolił mi dograć się do utworu i zrobiliśmy go razem.

Ten numer zmienił całą perspektywę mojej muzycznej drogi. Liczba odtworzeń przerosła wszystkie oczekiwania. To przecież wolniejszy utwór, nie taki, po którym z góry spodziewasz się wielkich zasięgów. A jednak się udało. I najważniejsze, że mogę na to patrzeć z czystym sumieniem: nie poszedłem na kompromis, żeby zdobyć więcej wyświetleń. Utwór obronił się sam. Myślę, że bez niego wiele późniejszych festiwali i innych możliwości mogłoby się nie wydarzyć.

W piosence „Na chwilę” śpiewasz: „Życie mam swoje, a chciałbym czyjeś”. Kojarzy mi się to z porównywaniem życia do wyidealizowanych obrazów z mediów społecznościowych. Jak odnajdujesz się w social mediach, które są dziś niemal obowiązkowym narzędziem pracy artysty?

Muszę przyznać, że mam z tym problem. Widzę ostatnio, że to, co robię w mediach społecznościowych, nie działa tak, jak bym chciał. Kiedy zaczynałem na TikToku, wszystko było bardzo naturalne. Siadałem, wyciągałem telefon, włączałem kolorową lampkę i śpiewałem covery piosenek, które lubiłem. Bywały setki tysięcy, a nawet miliony odtworzeń.

Teraz próbuję nowych rzeczy, publikuję to, co mi się podoba, ale nie zawsze osiąga to podobne wyniki. Zdarza się, że irytuje mnie to, co staje się viralem. Pracuję nad tym, żeby nie zazdrościć innym i nie porównywać się bez końca. Pojawia się myśl: może powinienem zrobić coś podobnego, skoro to ma więcej wyświetleń? Ale nie chcę iść na takie kompromisy. Wolę szukać sposobu, żeby robić swoje lepiej.

„Pracuję nad tym, żeby nie zazdrościć innym i nie porównywać się bez końca”

Muszę też pamiętać, że sukces nie sprowadza się do wyświetleń i liczby obserwujących. Są artyści, których doceniono dopiero po śmierci, a ich piosenki czy obrazy nadal żyją. Zostawili po sobie coś prawdziwego. To każe się zastanowić, czego właściwie chcemy.

Czyli droga nie musi być łatwa, byle była właściwa?

Daniel: Dokładnie. Ta myśl pozwala zrzucić z siebie ciężar oczekiwania, że wszystko musi przychodzić łatwo. Trudności też potrafią być piękne. Każde doświadczenie buduje charakter, sprawia, że jesteśmy silniejsi i bogatsi o kolejne lekcje.

W „Domu”, ostatnim utworze albumu, śpiewasz: „To był dobry rok, te myśli łapałem, rzucałem wciąż, robiąc krok”. Patrząc na ostatnie kilkanaście miesięcy, trudno nie zauważyć, ile się wydarzyło: Współpraca z Vito Bambino, występy na ZORZY, zwycięstwo w Debiutach w Opolu, Męskie Granie, Letnie Brzmienia, Orange Warsaw Festival, support przed Dawidem Podsiadło na Stadionie Narodowym i przed OneRepublic, a wreszcie debiut na Open’erze. Do tego kolejne single i wreszcie pierwsza płyta. Zdążyło już do Ciebie dotrzeć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło?

To pytanie, na które sam powinienem sobie odpowiedzieć. W tym całym biegu jedna rzecz się kończy, a zaczyna następna: wypuszczamy winyl, za chwilę ruszamy w trasę, pojawiają się kolejne małe wyzwania. Brakuje czasu, żeby naprawdę docenić to, co już się wydarzyło. A przecież zagraliśmy na Narodowym, wystąpiłem po raz pierwszy na Open’erze, Vito zaprosił mnie na trasę, śpiewaliśmy razem, grałem też z zespołem Bitaminy. Kiedyś wydawało mi się to nierealne.

Kiedy tak wymieniasz te wszystkie wydarzenia, sam jestem trochę w szoku. Uśmiecham się, ale nie z dumy. Raczej z radości i wdzięczności za możliwość przeżycia tego wszystkiego. Dobrze czasem zwolnić i to sobie uświadomić.

Które z tych wydarzeń zaskoczyło Cię najbardziej?

Bardzo dobrze wspominam Orange Warsaw Festival. Podobał mi się line-up: tego samego dnia grali Olivia Dean i Loyle Carner. Z Loylem występowaliśmy na tej samej scenie i mieliśmy okazję chwilę porozmawiać. Jego koncert bardzo mnie zainspirował.

Grał dokładnie tak, jak mnie wcześniej odradzano. Przez większość piosenek miał zamknięte oczy, naprawdę je przeżywał, po swojemu. Ja wiele razy słyszałem, że powinienem patrzeć na publiczność, nie zamykać oczu. Próbowałem się tego nauczyć. A on pokazał mi, że można konsekwentnie pozostać sobą. To dodało mi energii i zainspirowało na ten rok.

Oczywiście Stadion Narodowy też był niezwykłym doświadczeniem. Nie wiem, czy kiedykolwiek się powtórzy, ale cieszę się, że mogłem zobaczyć, jak to jest grać w takim miejscu.

A debiut na Open’erze? To festiwal, który dla wielu muzyków jest jednym z najważniejszych celów.

Byłem tam po raz pierwszy w życiu, nawet wcześniej nie odwiedziłem Open’era jako słuchacz. Kiedy zaczynałem wydawać muzykę, był jednym z trzech festiwali, na których najbardziej marzyłem, żeby zagrać. Gdy dowiedziałem się, że wystąpimy, poczułem szok i wdzięczność. Coś, co było marzeniem, nagle stało się rzeczywistością.

Grało mi się dobrze, publiczność była gotowa na kilka dni festiwalu. Ale dla artysty, który dopiero buduje swoją pozycję, takie występy mają też trudną stronę. Pierwsze rzędy przychodzą specjalnie dla Ciebie, a ludzie stojący dalej często dopiero sprawdzają, co grasz. Ktoś przyjdzie, posłucha chwilę i odejdzie; ktoś inny zostanie. W głowie pojawia się pytanie, czy gram dobrze i dlaczego nie wszyscy zostają. To trochę stresuje. Mimo wszystko bardzo dobrze wspominam koncert.

Mam też zwyczaj oglądania po występach relacji publikowanych przez ludzi. Chcę zobaczyć, jak zagraliśmy, czy się rozwijamy i czy gramy coraz lepiej.

Czyli nie przeszkadzają Ci telefony na koncertach? Widzisz w takich nagraniach raczej pomoc niż problem?

Dla artysty, który ma jeszcze sporo drogi przed sobą, to bardzo pomocne. Ludzie publikują nagrania, a muzyka dociera dalej. Na samym koncercie nie mam poczucia, że wszyscy powinni odłożyć telefony, bo widzę, że i tak przeżywają muzykę.

Prawda jest też taka, że chyba nie znam koncertowego świata bez telefonów. Odkąd pamiętam, one już były. Może więc nie wiem, co tracę. Uważam jednak, że każdy ma prawo doświadczać koncertu na własny sposób. Ktoś może być bardzo introwertyczny, stresować się tłumem i znaleźć chwilę spokoju właśnie wtedy, gdy nagrywa fragment występu. Potem wróci do domu, obejrzy go i dopiero na spokojnie uświadomi sobie, że był na koncercie ulubionego artysty. Nie widzę sensu, żeby mu tego zabraniać.

Najlepiej oczywiście doświadczać wszystkiego na żywo. Nie potrzebujemy ekranów, żeby żyć. Ale telefon jest narzędziem. Zabranianie go przypominałoby powiedzenie stolarzowi, że nie powinien korzystać z pistoletu do gwoździ, bo kiedyś był młotek. Technologia powstała także po to, żeby ułatwiać nam życie. Nie warto popadać w skrajności, uznając jedno rozwiązanie za absolutnie złe, a drugie za absolutnie dobre.

Daniel Godson – Esmeralda

Wydajesz również winylową wersję „Pytań”: klasyczną czarną i limitowaną zieloną. Na płycie znalazły się dodatkowo „Safe Zone” i „Esmeralda”. Dlaczego właśnie te utwory?

„Safe Zone” było kandydatem do podstawowej wersji albumu. Kiedy układałem jego kolejność, zależało mi na odpowiedniej dynamice. Uznałem, że ten utwór zbyt mocno zwalnia całość, a szybszych piosenek i tak nie było na płycie wiele. Dlatego nie trafił na CD i do podstawowego wydania streamingowego.

Kiedy jednak pomyślałem o odsłuchu winyla w domu, poczułem, że klimat „Safe Zone” i produkcja Briana świetnie się w nim odnajdą. Teraz jest to jeden z tych utworów, na które najbardziej czekam podczas słuchania winyla.

„Esmeralda” powstała już po skończeniu albumu. Wyprodukowałem ją sam, bez udziału innych artystów. Lubię grać ten numer na koncertach i chciałem umieścić go w większej albumowej oprawie. Jest dostępny w streamingu, ale nie ma go na CD i nie planuję zamieszczać go na drugim albumie. Dlatego winyl jest pod tym względem wyjątkowy.

A co oznacza dla Ciebie samo wydanie płyty winylowej w erze streamingu?

Od początku marzyłem, żeby wydać album na winylu. To kosztowny nośnik i kiedy ktoś jest gotowy zapłacić około stu złotych za płytę, jest to dla mnie ważny sygnał. Sam mam kilka winyli, które są pięknymi pamiątkami. Lubię sposób, w jaki brzmią. Kiedy słucham płyty na gramofonie, mam wrażenie innej głębi dźwięku, chociaż wiem, że nie każdy odbierze tę różnicę tak samo. Może częściowo chodzi też o całe doświadczenie słuchania i świadomość, że udało się wyprodukować fizyczną płytę.

To dla mnie zwieńczenie projektu i pewien przystanek przed kolejnym etapem. Winyl czy CD są też bardzo namacalnym sposobem wspierania artysty. Streaming również przynosi zarobki, ale fizyczne wydawnictwo zostaje na półce i może przywoływać konkretne wspomnienia. Wyobrażam sobie, że za pięćdziesiąt lat chętniej spojrzę na swoje winyle, niż będę przeszukiwał serwis streamingowy, próbując przypomnieć sobie, czego słuchałem dwadzieścia lat wcześniej.

Pod koniec października zagrasz w Łodzi. Czy koncert w rodzinnym mieście jest dla Ciebie szczególny?

Na pewno bardziej mnie stresuje. Będzie dużo rodziny i znajomych, a ja chcę im pokazać, jak się rozwinąłem. W tym roku jeszcze nie graliśmy w Łodzi; poprzednio występowaliśmy tu na Great September. Chciałbym, żeby zobaczyli, że idę dalej, że to, co robię, ma sens, i żeby byli ze mnie dumni. Dużo się wydarzyło, popełniłem sporo błędów, wiele się nauczyłem. Fajnie będzie wspólnie to w Łodzi świętować.

Co planujesz po zakończeniu trasy? Powstają już nowe piosenki i materiał na kolejną płytę?

Cały czas tworzę. Ostatnio liczyłem rozpoczęte projekty i wyszło mi chyba dwadzieścia jeden demówek. Zastanawiam się, czy jeszcze w tym roku pokazać coś nowego, czy spokojnie przygotowywać materiał na następny. Na trasie, która zaczyna się 11 października we Wrocławiu, zagramy już jedną nowość. Bardzo chciałbym pokazać ją światu, może uda się ją jeszcze wydać w tym roku.

Po trasie i wydaniu winyla chcę trochę zwolnić. Będę mógł tworzyć bez takiej presji i przygotowywać drugi album. Nie wiem jeszcze, czy ukaże się w przyszłym roku. Myślę, że wtedy na pewno zaczną pojawiać się nowe single. Może album będzie gotowy jesienią, a może dopiero w styczniu, lutym czy marcu kolejnego roku. Nie chcę niczego obiecywać, bo zależy mi na tym, żeby materiał był naprawdę gotowy.

Mam już sporo przemyśleń po pierwszej płycie: wiem lepiej, jak chciałbym podejść do drugiej. Dlatego siedzę w domu, robię demówki, zapisuję pomysły i piszę. Czuję, że idzie coś ciekawego, nowego, innego niż dotąd. Część tego będzie można usłyszeć na koncertach.

Twój debiutancki album nosi tytuł „Pytania” i mam wrażenie, że po naszej rozmowie wcale nie jest ich mniej. Być może właśnie o to chodzi w tej muzycznej drodze, żeby nieustannie szukać własnych odpowiedzi. Dziękuję Ci za rozmowę.

Również bardzo dziękuję


Bilety na koncerty w ramach trasy „ROGUCKI x 30” są dostępne w sprzedaży w serwisie Eventim pod tym linkiem.

Bardzo dziękujemy za rozmowę!
Rozmawiał: Damian Paluszkiewicz / Gazeta Muzyczna

patronite baner na stronę desktop
patronite baner na stronę mobile
Redakcja Gazety Muzycznej

Redakcja Gazety Muzycznej

Jesteśmy niezależną redakcją, która skupia się na tym, co w muzyce naprawdę ważne. Relacjonujemy koncerty i festiwale, podpowiadamy, na co warto zwrócić uwagę, i wybieramy tematy z treścią - nie tylko zasięgiem. Stawiamy na rzetelność, kontekst i muzykę bez plotek i nadęcia. Zamiast gonić trendy, stawiamy na uważną selekcję.