„Od ekonomii uwagi do ekonomii autentyczności” – Rozmawiamy z Antoshem z A/P/T o współpracy z Perkozem, relacji z Polską oraz AI w muzyce.

A/P/T wyłania się jako projekt zakorzeniony nie w nostalgii, lecz w odpowiednim momencie, instynkcie i twórczej więzi, która znów odnalazła swój czas. Dla Antosha ten album wyrasta z emocjonalnej reakcji, kontrastu i autentyczności – nie jako wykalkulowana koncepcja, ale jako zbiór utworów, który utwór po utworze odkrywa własną tożsamość.

[Damian Paluszkiewicz] Poznaliście się z Perkozem dawno temu, ale A/P/T wybrzmiewa jak projekt ludzi, którzy spotkali się we właściwym momencie, nie tylko we właściwym składzie. Co Twoim zdaniem zadziałało dopiero teraz, że Wasza znajomość zaowocowała całym albumem?

[Antosh] Chyba timing jest wszystkim i po prostu wydarzyło się to naturalnie, bez presji, a to zawsze jest najlepszy sposób. Po prostu „kliknęło” nam ponownie za kulisami koncertu T.Love w Londynie i od razu zaczęliśmy rozmawiać o tym, żeby znów coś razem zrobić. Ten sam napęd, ten sam vibe – i oto jesteśmy!

Także dzięki A/P/T naprawdę cieszyłem się z powrotu do polskiej sceny muzycznej, spotykania starych znajomych, takich jak Smolik i Myslovitz, oraz nawiązywania nowych relacji. Uważam Polskę za swój duchowy dom. Uwielbiałem czas, kiedy mieszkałem w Warszawie, poznawałem i współpracowałem z wieloma wspaniałymi ludźmi, którzy jako młodemu chłopakowi okazywali mi wyłącznie życzliwość. Po prostu czuję, że teraz jest właściwy moment, żeby „wrócić do domu” i znów pracować z przyjaciółmi – tymi starymi i nowymi.

Kiedy myślisz o początkach znajomości z Perkozem, widzisz dziś jakieś sygnały, że ta relacja mogła kiedyś doprowadzić Was właśnie do A/P/T?

Poznaliśmy się po raz pierwszy, gdy byłem w Warszawie po rozpadzie Mainstream i zdecydowałem, że będę działał jako artysta solowy, remikser i producent. Zrobiłem wtedy kilka remiksów dla De Mono, Cool Kids Of Death itd., zaśpiewałem też w wersji „Długości dźwięku samotności” z Myslovitz, a ten utwór i ich album oczywiście odniosły duży sukces, więc dostawałem wiele propozycji współpracy. Moja dziewczyna pracowała wtedy w EMI i chyba ktoś luźno zagaił mnie w sprawie potencjalnej produkcji dla T.Love – chętnie spróbowałbym zresztą zremiksować coś z nowego albumu, bo są tam chyba dwa numery, które mogłyby świetnie zadziałać – ale ja próbowałem wtedy pracować nad solową płytą i innymi projektami, więc skontaktowałem ich z moim przyjacielem i producentem Neilem Simonsem, który później dla nich produkował. Jeśli dobrze pamiętam, Perkoz miał wtedy jakieś demówki, nad którymi pracowaliśmy przez kilka tygodni w jego mieszkaniu. Przychodziłem do niego, przesiewałem jego dema, wybierałem te, które moim zdaniem miały potencjał, i dorzucałem swoje sugestie. Od razu złapaliśmy kontakt, ale wydaje mi się, że w tym samym czasie pracowałem też ze Smolikiem nad EP-ką What Fuels Your Fire? oraz przy albumie Sushi Kasi Nosowskiej, do którego zrobiłem utwór Electrified. Wszystko to jest już trochę mgliste, bo minęło mnóstwo czasu.

Kiedy spotkaliśmy się ponownie za kulisami koncertu T.Love w Londynie, to było tak, jakbyśmy w ogóle się nie rozstawali, i od razu zaczęliśmy rozmawiać o tym, żeby znów zrobić coś razem. Myślę, że A/P/T w pewnym sensie narodziło się tej nocy na nowo.

Problemem stanie się tożsamość – albo jej utrata – a w konsekwencji także autentyczność. Przewiduję, że w następstwie AI kulturowo przejdziemy od ekonomii uwagi, w której obecnie żyjemy, do ekonomii autentyczności. Właściwie to już się dzieje.

Każdy kolejny numer A/P/T zdaje się zmieniać kierunek brzmienia, ale nie sprawia wrażenia chaosu.

Cóż, myślę, że do pisania tych utworów podszedłem tak spójnie, jak tylko potrafiłem, reagując na jak najwięcej różnych możliwości, jakie dawały mi dema Perkoza.

Brian Eno mówił o pierwszym albumie Roxy Music jako o świadomej decyzji, by dać zespołowi 10 potencjalnych przyszłości. Chodziło mu o to, że album zawierał bardzo różne utwory – zarówno sonicznie, jak i muzycznie. Były tam wpływy krautrocka, The Velvet Underground, ale też klasycznego doo-wopu i muzyki awangardowej. Zespół mógł potem, w zależności od tego, które style najlepiej zadziałały, swobodnie rozwijać to, co najbardziej im odpowiadało na kolejnych albumach. Nie wydawałoby się to niczym dziwnym, bo grunt był już przygotowany. To wydaje mi się sensowne także w przypadku A/P/T. Na nadchodzącym albumie są bardzo różne utwory, ale mam nadzieję, że mój głos i sposób grania, mój gust oraz Perkoz połączą te elementy w spójną całość. Jego tożsamość jest większa niż suma części, jeśli można tak powiedzieć. To kontrolowany chaos!

Jak myślisz, co najmocniej spaja ten projekt i sprawia, że słuchacz wciąż czuje, że to bez wątpienia jesteś Ty?

My sami. Ja i Perkoz.

Angielscy i polscy artyści wydają się mieć podobny temperament. Wiem, że Kev Fox i Andrzej odnieśli razem duży sukces – myślę, że chodzi o ten sam rodzaj porozumienia. Z Andrzejem dogaduję się bardzo dobrze, zawsze tak było. Najpierw jesteśmy przyjaciółmi. Myślę też, że wszyscy bardzo serio podchodzimy do tego, co próbujemy osiągnąć. Jeśli jest autentyczność, to można w rozsądnych granicach osadzać silne wizje na najróżniejszych muzycznych konstrukcjach. Wydobyłem sporo dem, które Perkoz miał z różnych projektów i okresów, a te, które teraz słyszysz, to te, które poruszyły mnie emocjonalnie. Muzyka z natury jest doświadczeniem emocjonalnym i kiedy porusza w tobie emocje, utwór ma tendencję do pisania się sam, o ile jesteś w kontakcie z tym, co czujesz. Strut Your Stuff i Sleep zostały napisane w samolocie do Londynu, kiedy po prostu słuchałem muzyki w kółko i próbowałem uchwycić to, co czuję.

Dotychczasowe single A/P/T pokazały różne odcienie waszej muzyki – od energii i napięcia po bardziej intymny, nocny nastrój. Patrząc na nie teraz, widzisz je bardziej jako zapis zmieniających się stanów emocjonalnych czy jako stopniowy proces budowania tożsamości projektu?

To ciekawe pytanie, bo myślę, że to jedno i drugie. Jeśli jesteś niezależny, musisz budować relację z publicznością, a to z natury jest proces stopniowy. Wierzę, że to wolniejsza, ale bardziej satysfakcjonująca droga, a przy takim sposobie pracy odkrywasz własną tożsamość po drodze. To staje się czymś, czego nie da się naprawdę zaprogramować – zaczyna żyć własnym życiem.

Poza tym obaj wyrastamy ze słuchania albumów. Najlepsze albumy zabierały cię w podróż, metaforycznie rzecz ujmując. Dziś to doświadczenie jest oczywiście rzadsze, chyba że kupujesz fizyczne wydania. Teraz mamy playlisty, które ciągną się bez końca, mieszają artystów albo podtrzymują jakiś nastrój itd. Fizyczne albumy są krótkie, więc musisz w nie wejść i wyjść z nich po drugiej stronie. Są też doświadczeniami linearnymi, w przeciwieństwie do playlist, które mogą bez przerwy zmieniać kierunek. Album Secrets of the Beehive Davida Sylviana jest na przykład bardzo krótki, a jednak jego siła tkwi właśnie w tej zwięzłości. Równie ważna jest kolejność utworów – została zaprojektowana tak, by konkretnie płynąć – a cisza i odstępy między utworami są istotnym składnikiem jego ogólnego sukcesu jako dzieła sztuki.

Mam wrażenie, że dziś wchodzisz w to wszystko i trochę się w tym topisz. To zmęczenie zmusza cię do zmiany nastroju, zamiast zostawiać cię z poczuciem niedosytu.

Więc pod wieloma względami podeszliśmy do pierwszego albumu jak do „albumu” i dlatego jego tempo, styl i nastrój zmieniają się, gdy linearnie przechodzi z punktu A do punktu B. To chyba jego człowieczeństwo.

A/P/T – AT NIGHT

Pracując nad kolejnymi singlami, był taki moment, w którym poczułeś, że A/P/T przestało być tylko współpracą, a stało się w pełni ukształtowanym światem?

Może słowo single jest trochę mylące, bo te utwory wszystkie pochodzą z tej samej rodziny. Są gośćmi na tym samym weselu, tylko idą do ołtarza jeden po drugim. Myślę, że kiedy wydamy album w całości, także na winylu, żeby to podkreślić, ta nasza pierwsza płyta będzie dość wyrazistą deklaracją – z wszystkimi teledyskami, które zrobiłem, okładką i tak dalej. To był duży projekt i nadal się rozwija. Kolejnym krokiem w tym rozwoju byłoby zagranie tego na żywo, może w Polsce. Chciałbym zagrać w jakimś funkowym electro klubie w Warszawie, na 100 osób, ciemnym, zajebiście fajnym, tylko stroboskopy jak na koncercie Jesus and Mary Chain albo coś w tym stylu. To właśnie nazywam rock’n’rollem.

Spośród dotąd wydanych utworów A/P/T jest jakiś taki, który okazał się dla ciebie przełomowy – niekoniecznie najlepszy, ale taki, po którym wyraźniej zrozumiałeś, czym ten projekt naprawdę ma być?

Myślę, że Strut Your Stuff, bo jest tak skrajny. Teledysk też zrobiłem skrajny – jestem dość skrajną osobą. Na przykład nie znoszę rutyny. Świadomie stworzyłem sobie życie bez rutyny. Moja praca w branży filmowej bywa momentami ekstremalna pod względem godzin i stresu. Czasami noszę zegarek, ale nie mam w nim baterii. To ten mój przekorny pierwiastek chce zarówno Strut Your Stuff, jak i Sleep.

Gdybyś miał wskazać jeden dźwięk, jeden obraz i jedno słowo, które najlepiej opisują obecny etap A/P/T po Sleep, co by to było – i dlaczego właśnie to?

Wiesz co, przez całe życie jest jeden dźwięk, którego nigdy nie słyszałem. Dźwięk pokoju. Mam nadzieję, że usłyszę go przed śmiercią. A obraz? Mała niebieska kropka w morzu ciemności. Nie jesteśmy pierwszymi istotami żyjącymi na tej planecie, ale możemy być ostatnimi, jeśli ci skurwiele dalej będą próbować się nawzajem wysadzać. A słowo? Teraz. Myślę, że właśnie w tym miejscu jest A/P/T – to reakcja na teraz i to właśnie informuje muzykę, którą tworzymy z Perkozem. Jest empiryczna, a nie fantazyjna. A czasy są naprawdę dziwne.

Gdy utwór opiera się na napięciu, łatwo przesadzić i zamienić emocję w efekt. Skąd wiesz, że piosenka wciąż mówi prawdę, a nie po prostu dobrze działa na poziomie brzmieniowym?

Myślę, że wtedy, gdy wracasz do danego utworu i on nadal porusza cię emocjonalnie. Oczywiście po drodze zdarzają się porażki. Ale napięcie istnieje między tobą a dziełem. To instynktowne – czy ten utwór nadal mnie porusza? Czy nadal jestem związany z tym, co „mówię” w najszerszym sensie, nie tylko poprzez tekst?

Artyści w studiu mają tendencję do używania słownictwa typu „czy ty to czujesz?”, a nie „czy ty to słyszysz?”. To ważne, bo podkreśla powód, dla którego robi się to w ogóle. Jeśli coś „wydaje się” niewłaściwe, to znaczy, że jest niewłaściwe. The Prodigy są na przykład bardziej napędzani sonicznie niż lirycznie, ale kiedy te dwa elementy się łączą, efekt jest genialny. Sleaford Mods są przeciwieństwem tego i też są genialni. Kluczem w pisaniu piosenek jest to, żeby te dwa elementy się połączyły, a nie walczyły ze sobą ani się nie podważały. Harmonia sprawia, że dzieło jest spójne.

Słowo single może być trochę mylące, bo te utwory wszystkie pochodzą z tej samej rodziny. Są gośćmi na tym samym weselu, tylko idą do ołtarza jeden po drugim. Myślę, że kiedy wydamy album w całości – także na winylu, żeby to podkreślić – ta nasza pierwsza płyta będzie bardzo wyraźną deklaracją.

Praca zdalna bywa wygodna, ale też szybko ujawnia, czy pomysł naprawdę się broni. Czy są momenty, kiedy od razu czujesz, że coś przysłane z drugiej strony ma serce, jeszcze zanim zaczniesz to analizować?

Nigdy nie analizuję utworu „muzycznie”, bo nie jestem muzykiem. Tak naprawdę nie potrafię grać na instrumencie i nigdy nie chciałem się tego uczyć, bo to staje się – w mojej skromnej opinii – wyuczoną techniką, a to nie bardzo działa w przypadku muzyki, którą zwykle tworzę. Pracowałem z wieloma muzykami, którzy w obliczu problemu albo impasu grają sobie kilka bluesowych zagrywek albo riff Led Zeppelin, żeby przypomnieć sobie, że hej, jestem dobry itd. Ja nie mam tej umiejętności. Moimi instrumentami są komputer i studio. Kiedy gram na gitarze albo syntezatorze, naprawdę muszę się zaangażować i myśleć o tym w kategoriach faktury i koloru, bo nie umiem myśleć w kategoriach nut, akordów, skal i tym podobnych rzeczy. To zmusiło mnie do znacznie większego polegania na uszach niż na palcach. Ostatecznie najważniejsze, co trzeba rozwijać, to osąd. Najlepsi artyści operują osądem, gustem i pomysłami, rzadko techniką. Dlatego pierwsze albumy zespołów często bywają najlepsze – jeszcze nie do końca opanowali rzemiosło. Inspiracja przeważa nad techniczną biegłością. Myślę, że w swoim podejściu do sztuki jestem bardziej punk niż prog. W punku chodziło o „oto trzy akordy – teraz załóż zespół”. A The Human League? „Oto jeden klawisz na Moogu, przytrzymaj go i załóż zespół”. Jestem za tym.

Produkcja muzyczna rozwija się dziś niesamowicie szybko – od AI po inteligentne narzędzia do edycji, miksu i sound designu. Które z tych zmian naprawdę cię inspirują w pracy nad A/P/T, a od których trzymasz największy dystans?

Szczerze mówiąc, temat AI mnie intryguje, ale już też trochę nudzi przez tę niekończącą się rozmowę wokół niego.

AI może mieć potencjalnie wiele korzyści. Nawet jeśli chodzi o twoje zdrowie. W teorii AI mogłoby diagnozować i przepisywać leczenie konkretnie pod twój metabolizm, zamiast robić to arbitralnie, „na oko”, przez lekarza. Żeby było jasne – nie atakuję tutaj lekarzy. To brzmi jak coś niesamowitego. Natomiast muzyka i film generowane przez AI, które widziałem i słyszałem, nie są zbyt dobre. Poza tym wydaje mi się, że to ćwiczenie z oszustwa. Taki moment typu „ha, zgadniesz, czy to jest AI?”. Uważam to za skrajnie nużące.

Jak każde narzędzie, AI powinno być obok ciebie, a nie przed tobą. Jeśli zacznie dominować w procesie, to logiczne, że ty staniesz się wobec niego podporządkowany, a to nigdy nie jest zdrowe miejsce dla kreatywności. Jeszcze nie próbowałem tego w żadnym kontekście muzycznym. Jestem oldschoolowy – uważam, że zmaganie się jest częścią pracy, taka jest natura tej bestii. Jeśli AI wykona za ciebie ciężką robotę, to czy praca będzie od tego lepsza? Wątpię, ale na razie werdykt jeszcze nie zapadł. Poza tym czy kogokolwiek dziś naprawdę obchodzi, co stoi za dziełem? Wszyscy znamy historię ucha van Gogha, ale czy to jest dziś potrzebne albo w ogóle uznawane za ważne? Czy dodaje dziełu albo artyście większej wiarygodności? Kto to wie. Ja po prostu czuję, że zmaganie się JEST pracą – bez niego, bez przeciwności jako tarcia, skąd mają lecieć iskry? To odpowiednik nepo baby, które dostaje rolę w telewizji albo kontrakt płytowy, a potem udaje, że „miało ciężko”. Wtedy od razu sięgam po pilota. Bang. Wyłączam.

A/P/T – AT NIGHT

Problemem stanie się tożsamość, a raczej jej utrata, a w konsekwencji także autentyczność. Przewiduję, że w następstwie AI kulturowo przejdziemy od „ekonomii uwagi”, w której obecnie żyjemy, do „ekonomii autentyczności”. To już się dzieje. Szukanie kawy i kraftowego piwa u małych butikowych sprzedawców zamiast w sieciówkach. Wzrost znaczenia twórców na YouTubie wobec tradycyjnych mediów. Całkowita utrata zaufania do naszych przywódców politycznych i systemów rządzenia. Nawet do Hollywood. Wszyscy mają dość aktorów w pelerynach. Myślę, że mniejsze, bardziej osobiste dzieła, ośmielę się powiedzieć – bardziej analogowe – zaczną unosić się na fali przetworzonej papki zalewającej każdy aspekt naszego życia.

Twoja muzyka zostawia dużo przestrzeni dla napięcia, niejednoznaczności i własnej interpretacji słuchacza. Lubisz, kiedy publiczność wypełnia ten świat po swojemu, czy jednak masz nadzieję, że pewne emocje i znaczenia wybrzmią w bardzo konkretny sposób?

Dobra sztuka nigdy nie jest preskryptywna. Dzieła, które zawsze mnie inspirowały, były raczej inkluzywne niż ekskluzywne. Artysta przedstawia dzieło, publiczność wnosi reakcję i to domyka doświadczenie. Emocje są w każdym z nas tak szerokim spektrum, że masz nadzieję, iż dzieło będzie zachęcać do uczestnictwa, a tym samym do interpretacji. I właśnie w tej interpretacji tkwi „znaczenie” – a ono jest unikalne dla każdego z nas. Czy On The Corner Milesa Davisa „coś znaczy”? Nie wiem, ale wiem, co „znaczy” dla mnie – i to wykracza poza słowa.

Gdybyś mógł zostawić słuchacza z jedną myślą po wejściu w świat A/P/T – nie tylko po Sleep, ale po całym tym etapie waszej drogi – co chciałbyś, żeby zostało z nim najdłużej?

To trochę jak dziecko wychodzące z domu w szeroki świat – masz nadzieję, że zostanie przyjęte, będzie miało dobry czas i uszczęśliwi ludzi. Tworzenie płyty jest trochę właśnie takie. Dorasta publicznie, ze wszystkimi swoimi mocnymi i słabymi stronami. Masz nadzieję, że da ludziom chwilę refleksji i ostatecznie także przyjemność.


Bardzo dziękujemy za rozmowę!
Rozmawiał: Damian Paluszkiewicz / Gazeta Muzyczna

Damian Paluszkiewicz

Damian Paluszkiewicz

Jestem redaktorem naczelnym Gazety Muzycznej, fotografem koncertowym oraz właścicielem ogólnopolskiej agencji marketingowej, w której łączymy strategię z kreatywną realizacją i skuteczną komunikacją. Muzycznie najmocniej ukształtowała mnie elektronika lat 90., z domieszką klasycznego hip-hopu z tamtej dekady.