Audioriver skończył 20 lat i zrobił to naprawdę głośno. Tegoroczna edycja była nie tylko rocznicowa, ale też szczególna dla Łodzi – miasta, w którym festiwal zadomowił się od 2024 roku. Na Błoniach pojawiła się jedna z największych legend muzyki elektronicznej, czyli The Prodigy. Trudno było o headlinera, który lepiej pasowałby do takiej okazji.
Brytyjskie The Prodigy to światowa ikona gatunku, a Liam Howlett przez wielu uznawany jest za muzycznego geniusza – twórcę, który od lat łączy różne odmiany elektroniki, sięga po rockową energię i inspiruje się hip-hopem. Nie bez powodu fani mówią, że The Prodigy to osobny gatunek.
Choć w historii zespołu wydarzyło się wiele, a okoliczności, z którymi musiał się mierzyć, mogłyby zakończyć działalność niejednej formacji, The Prodigy nadal pozostają sceniczną siłą. Ich koncerty, choć dziś w dużej mierze przewidywalne, wciąż mają w sobie energię nie do podrobienia – taką, której nie ma żaden inny elektroniczny zespół.

Trudno więc wyobrazić sobie lepszy wybór na 20. edycję festiwalu poświęconego muzyce elektronicznej. Audioriver dostał headlinera idealnie pasującego do rangi wydarzenia. Potwierdziła to również frekwencja. Jak podaje portal TuŁódź, w piątek, kiedy na scenie głównej wystąpili The Prodigy, na Błoniach bawiło się około 25 tys. osób – najwięcej podczas całego festiwalu. W sobotę pojawiło się około 24 tys. uczestników, natomiast niedzielny Sun/Day przyciągnął około 5 tys. osób. Są to dane dzienne, dlatego nie należy ich sumować i przedstawiać jako liczby unikalnych gości całej edycji.
Na Łódzkie Błonia nie trafia się przypadkiem. Teren jest odsunięty od ścisłego centrum miasta, ale nie na tyle daleko, by podróż na festiwal stawała się wyprawą. To jedno z tych miejsc, które przy dużym wydarzeniu szybko pokazuje swoje zalety: daje oddech miastu, a uczestnikom pozwala bez większego stresu dotrzeć na miejsce i później z niego wrócić.
Już sama logistyka działała na korzyść festiwalu. Specjalna linia AR dowoziła uczestników na teren wydarzenia i odwoziła ich do punktu zbiórki. W praktyce oznaczało to, że droga na Audioriver była prosta, czytelna i pozbawiona większych komplikacji. Wejście również przebiegało sprawnie – bez chaosu, nerwowego oczekiwania i kolejek, które potrafią popsuć pierwsze wrażenie jeszcze przed usłyszeniem pierwszego basu.
A bas pojawiał się szybko. Audioriver od początku dawał do zrozumienia, że jest festiwalem zbudowanym na dźwięku, ruchu i skali. Teren był duży – nie tak rozległy jak Open’er, ale sprawiający wrażenie większego niż chociażby Orange Warsaw Festival. Sceny rozłożono tak, aby między kolejnymi punktami programu trzeba było trochę przejść, skręcić w leśną ścieżkę, oddalić się od jednego świata i wejść w następny.
Najbardziej spektakularnie prezentowała się scena główna – widoczna już od wejścia, zaraz za posągiem logo festiwalu. Z dużymi telebimami i rozbudowaną oprawą świetlną natychmiast przyciągała uwagę. Z bliska robiła wrażenie masą dźwięku i energią tłumu, ale żeby naprawdę zobaczyć ją w całości, trzeba było odejść kilkadziesiąt metrów dalej. Dopiero wtedy układała się w pełny obraz: scena, światło, publiczność i przestrzeń pracujące razem jak jedno festiwalowe widowisko.

Program był tak gęsty, że szybko stało się jasne: wszystkiego zobaczyć się nie da. Można było próbować, ale wtedy każdy koncert zamieniał się raczej w krótki przystanek niż pełne doświadczenie. Audioriver wymuszał wybory. Na Go Wild słychać było bassline, Park prowadził w stronę trance’u i house’u, Hybrid zbierał fanów drum’n’bassu, jungle i dubstepu, a Circus uderzał hard techno i rave’ową intensywnością. Scena główna była z kolei miejscem największych widowisk – od big beatu i rave’u po house i bardziej popową elektronikę. To właśnie tam pojawili się najgłośniejsi goście tegorocznej edycji, między innymi wspomniani The Prodigy, Boys Noize, Disclosure z DJ setem czy Marlon Hoffstadt.

Ale Audioriver to nie tylko wielkie zagraniczne nazwiska. Ważną część programu tworzyli też polscy artyści i artystki – od Catz ’n Dogz, Błota grającego Detroit techno, DEAS b2b Sept, Błażeja Malinowskiego i Angelo Mike’a, po Zamilską, Hyacinth, Bliss Kiss, Carlę Rocę, Leonę Jacewską czy Lulu Malina b2b Ola Teks. Szczególnie dobrze było widać również obecność kobiecej sceny elektronicznej – nie jako dodatku do line-upu, ale jako jednej z jego pełnoprawnych części.

Audioriver był też festiwalem, który fizycznie czuło się w ciele. To najgłośniejsze wydarzenie muzyczne, na którym do tej pory byłem. Dźwięk nie kończył się przy scenach. Rozlewał się po terenie, mieszał z ruchem ludzi i wracał między kolejnymi punktami programu. Bez ochrony słuchu trudno byłoby wytrzymać tam cały dzień, choć wielu uczestników zdawało się nie przejmować tym wcale.
Najmocniej było to czuć pod barierkami sceny głównej. Tam dźwięk stawał się bardziej siłą niż detalem. Bas dominował, przester potrafił przykryć niuanse, a muzyka uderzała przede wszystkim fizycznie. Podczas koncertu The Prodigy ci, którzy stali dalej – mniej więcej na środku, kilkadziesiąt metrów od sceny – prawdopodobnie słyszeli więcej. Ci pod samą sceną dostawali za to kontakt, pot, nacisk tłumu i energię bycia tuż przy wydarzeniu. Dwa różne sposoby przeżywania tego samego koncertu.
Najciekawsze kontrasty pojawiały się jednak poza główną osią festiwalu. Mniejsze sceny ukryte przy leśnych ścieżkach miały zupełnie inny charakter. Były blisko siebie, ale nie przeszkadzały sobie nawzajem. Dawały bardziej kameralną przestrzeń do tańca, mniej monumentalną, bardziej zanurzoną w miejscu. Wystarczyło odejść od dużej sceny, minąć kilka punktów gastronomicznych, wejść między drzewa i nagle festiwal zmieniał skalę.

Szczególne wrażenie robił Circus. Namiot z ogromną instalacją świetlną rozciągniętą pod sufitem przez całą długość przestrzeni wyglądał jak miejsce zaprojektowane nie tylko do słuchania muzyki, ale do wejścia w jej rytm całym ciałem. Przy agresywnej elektronice światło nie było dodatkiem. Stawało się częścią koncertu, czymś, co budowało napięcie razem z dźwiękiem. Bez tej instalacji muzyka brzmiałaby tak samo, ale doświadczenie byłoby znacznie uboższe.
Poza scenami festiwal miał też codzienną, praktyczną warstwę, która przy takiej skali bywa równie ważna jak line-up. Toalety były łatwo dostępne i nie zamieniały się w problem. Strefy gastronomiczne były rozbudowane, a miejsca odpoczynku pozwalały na chwilę wyjść z intensywności programu. Obok muzyki pojawiały się też mniej oczywiste atrakcje: mini boisko do koszykówki, stół do ping-ponga, a nawet fryzjer damsko-męski. Audioriver nie był więc tylko trasą między scenami. Był osobnym, tymczasowym miasteczkiem z własnym rytmem.

Największą siłą tegorocznego Audioriver była właśnie ta wielowarstwowość. Z jednej strony ogromna scena główna i artyści, którzy przyciągali największe tłumy. Z drugiej – mniejsze przestrzenie, leśne przejścia, namioty, światła i gatunki, które pozwalały każdemu znaleźć własną ścieżkę przez festiwal. Nie dało się być wszędzie. Nie dało się zobaczyć wszystkiego jednocześnie. Ale może właśnie dlatego Audioriver działał tak dobrze – zmuszał do wyboru, a każdy wybór prowadził w trochę inną wersję tego samego wydarzenia.
Tegoroczny Audioriver miał dla mnie jeszcze jeden, bardziej osobisty wymiar. The Prodigy słucham od lat nastoletnich – nieregularnie, ale jednak wracam do nich od dawna. Dlatego zobaczenie ich na żywo we własnym mieście było czymś więcej niż kolejnym punktem festiwalowego programu. Krótki kontakt z zespołem po koncercie i przybity żółwik dodały temu wieczorowi czegoś, czego nie da się sprowadzić wyłącznie do samego widowiska.
Tę rocznicową, 20. edycję festiwalu Audioriver Łódź zapamięta na długo.




















































