Kiefer Sutherland zagrał w warszawskiej Stodole

Lubię się pozytywnie zaskoczyć. Nie dlatego, że wątpiłem w wokalno-instrumentalne umiejętności Kiefera Sutherlanda, ale dlatego, że country jednak da się słuchać. A jak się okazuje, w country Sutherlanda jest sporo rocka. Najwyraźniej słychać to właśnie na żywo.
Dla kogoś, kto obejrzał wszystkie sezony „24 godzin”, i to nie jeden raz, spojrzenie na Sutherlanda inaczej niż przez pryzmat Jacka Bauera może wymagać pewnego wysiłku. Oczywiście nie jest to jedyna rola, o której warto wspomnieć, choć bez wątpienia jedna z najbardziej rozpoznawalnych. Sutherland na scenie, przed mikrofonem, z gitarą i zespołem, to już zupełnie inna postać. To muzyczne wcielenie przewrotnie pokazuje, jak dobrym jest aktorem. Bo jeśli ktoś potrafi zagrać bezwzględnego agenta, który dla wyższego dobra jest w stanie zrobić wszystko, a później tworzyć emocjonalną muzykę, która na żywo broni się sama, to trudno to podważyć.

Sutherland lubi grać cudze kawałki, co zresztą sam otwarcie przyznał. W Warszawie sięgnął po „Only Happy When It Rains” Garbage, „Can’t You See” The Marshall Tucker Band i „In the Air Tonight” Phila Collinsa. I nie powiem – te wykonania miały w sobie coś świeżego. Do każdego coveru Collinsa podchodzę jednak ostrożnie. Ten egzamin mogę uznać za zaliczony, choć ze względu na siłę oryginału zostaję przy ostrożnym optymizmie.
Koncert w warszawskiej Stodole, który odbył się 27 kwietnia 2026 roku, był częścią trasy Love Will Bring You Home Tour. Występ wpisuje się też w promocję nadchodzącego albumu „Grey”, zapowiedzianego na 29 maja 2026 roku. Oprócz utworów z poprzednich wydawnictw usłyszeliśmy między innymi „Goodbye California” i „Simpler Time”. Pierwszy z nich jest pożegnaniem z Kalifornią – miejscem, które spełniło marzenia młodego człowieka. Drugi opowiada o tęsknocie za czasami, które wydają się prostsze, bardziej stabilne społecznie, kulturowo i politycznie.

Sutherland zdecydowanie dobrze czuje się na scenie. Jego głos pasuje do tej muzyki i do ekspresji, z jaką ją wykonuje. Trzeba też przyznać, że jest naprawdę dobrym muzykiem. Jego dynamiczna gra na gitarze, pełna krótkich popisów i energicznych wejść, nadaje całości charakteru. To nie jest aktor, który hobbystycznie wyszedł zagrać kilka piosenek. To artysta, który wie, jak utrzymać kontakt z publicznością i jak poprowadzić koncert.
Było to wydarzenie kameralne. Nastrojowe, przygaszone światło i nocna lampka ustawiona przy perkusji skutecznie podkreślały ten klimat. Widownia, w dużej części siedząca, słuchała koncertu w skupieniu. Z tyłu zebrała się jednak mniejsza grupa osób, które wolały przeżywać go bardziej aktywnie i momentami wyraźniej ruszały się do muzyki. Kameralnie było też pod względem frekwencji. Licząc na oko, nie sądzę, aby publiczność przekroczyła pół tysiąca osób.
W europejskiej części trasy Kieferowi Sutherlandowi jako support towarzyszy Colin Andrew. To on wystąpił również przed koncertem w warszawskiej Stodole. Sam Sutherland grał z pełnym zespołem, który znacząco wzmacniał rockowy charakter materiału. Nie tylko dopełniał jego piosenki, ale też pokazywał, że ta muzyka najlepiej działa właśnie w koncertowym, żywym składzie.
Organizatorem koncertu była agencja Live Nation.











