Kameralne festiwale mają tę przewagę, że mimo mniejszej skali potrafią przyciągać atmosferą trudną do odtworzenia podczas największych wydarzeń. Kiedy dochodzą do tego dobra muzyka, bliskość morza i sprzyjająca pogoda, powstaje niemal idealny przepis na wakacyjny festiwal. Jastarnia ma więc bardzo mocny punkt na muzycznej mapie lata – atrakcyjny zarówno dla mieszkańców regionu i turystów wypoczywających na Półwyspie Helskim, jak i osób, które – podobnie jak ja – są gotowe pokonać setki kilometrów specjalnie dla tego wydarzenia.
Choć z powodów logistycznych mogłem uczestniczyć jedynie w pierwszym dniu, Defender Salt Wave Festival będę wspominał jako jedno z najprzyjemniejszych wydarzeń, na jakich miałem dotąd okazję być. Niewielki teren, bliskość scen i swobodny, wakacyjny charakter sprawiały, że festiwal nie przytłaczał skalą, a jednocześnie oferował wszystko, czego można oczekiwać od dobrze zorganizowanego wydarzenia muzycznego.

Program był bardzo zróżnicowany – od popu, przez rap, aż po elektronikę. Pod scenami można było zobaczyć nie tylko młodzież i nieco starszych uczestników, ale również całe rodziny z dziećmi. Wspólne przeżywanie koncertów stawało się dzięki temu czymś więcej niż tylko rozrywką na jeden wieczór – mogło być również sposobem na budowanie rodzinnych wspomnień.
Vito Bambino i Zalia rozgrzewają publiczność
Jednym z najmocniejszych punktów pierwszego dnia był koncert Vito Bambino, który po raz kolejny pokazał, że potrafi szybko nawiązać kontakt z publicznością i wprawić w ruch cały tłum. Energia pod sceną udzielała się niemal wszystkim. Nie przeszkadzały nawet kule ortopedyczne – w pewnym momencie jedna z nich uniosła się nad publicznością razem z rękami uczestników koncertu.

Występ Zalii szybko skupił uwagę nieco młodszej części widowni i wywołał żywiołowe reakcje pod sceną. Artystka poruszała się z charakterystyczną dla siebie pewnością i swobodą, a jej muzyka bardzo dobrze współgrała z lekką, wakacyjną atmosferą całego wydarzenia.

Jan-Rapowanie broni się muzyką i autentycznością
Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie również Jan-Rapowanie. Największą siłą jego koncertu była naturalność. Artysta nie potrzebował przesadnie rozbudowanej oprawy ani efektów odciągających uwagę od muzyki, by utrzymać zainteresowanie publiczności.

Był to dynamiczny i bezpretensjonalny występ, który bronił się energią, utworami i sceniczną autentycznością. W tym przypadku prostota nie oznaczała braku pomysłu, lecz świadome skupienie się na tym, co najważniejsze.
Crystal Fighters z energią do samego końca
Im bliżej było głównego występu wieczoru, tym wyraźniej rosły oczekiwania publiczności. Przedostatnim wykonawcą na głównej scenie był niezwykle charakterystyczny zespół Crystal Fighters, którego koncert od pierwszych chwil imponował energią utrzymującą się aż do finału. Wtedy część muzyków zeszła z podestu, pojawiła się tuż przed publicznością, a następnie opuściła teren bocznym wyjściem.

Fani nie mieli powodów do rozczarowania – zarówno setlista, jak i samo sceniczne show dostarczyły dokładnie tego, na co czekali. Przyznaję, że nie znam twórczości Crystal Fighters na tyle dobrze, by uważać się za fana zespołu, jednak koncert zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Chętnie zobaczę ich na żywo ponownie.
Salvatore Ganacci – znacznie więcej niż set DJ-ski
Finał wieczoru należał do Salvatore Ganacci, bez wątpienia jednej z najbardziej charakterystycznych postaci współczesnej sceny elektronicznej. Tłum śpiewający jego imię i nazwisko jeszcze przed pojawieniem się artysty na scenie stał się już chyba stałym elementem jego koncertów.
Sceniczna charyzma i sposób prowadzenia całego setu wyraźnie odróżniają jego występy od wielu innych festiwalowych setów DJ-skich. Nietypowe pozy, ekspresyjny taniec oraz niespodziewane wstawki przerywające muzykę – takie jak „Guys, look at the moon!” – nadają całości rozpoznawalny, momentami absurdalny charakter.

Ganacci nie ogranicza się do prezentowania kolejnych utworów. Muzyka, humor, spontaniczność i kontakt z publicznością składają się u niego na spójne widowisko, które równie dobrze się ogląda, jak i słucha. Salvatore potrafi przy tym muzycznie zaskoczyć – to chyba jedyny koncert, na którym „Jesteś szalona” nie brzmi jak przypadkowy żart ani przypał, lecz jak całkowicie świadomy element setu. I właśnie ten moment dobrze pokazuje, że za pozornym chaosem i improwizacją stoi artysta doskonale przygotowany, wiedzący, kiedy i czym wywołać reakcję publiczności.
Scena na wodzie znakiem rozpoznawczym festiwalu
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Defender Salt Wave Festival nie jest jednak scena główna, lecz scena DJ-ska umieszczona na wodzie przy plaży. Choć podobne konstrukcje pojawiały się także podczas innych polskich wydarzeń, połączenie sceny ustawionej w Zatoce Puckiej, prowadzącego do niej pomostu oraz publiczności bawiącej się bezpośrednio na piasku pozostaje rozwiązaniem rzadko spotykanym na krajowej mapie festiwalowej.

Przy zachodzie słońca i pogodnym niebie miejsce to zyskuje szczególny klimat. Morze, muzyka i wakacyjna swoboda tworzą prosty przepis na wspomnienia, do których nie potrzeba nadmiaru alkoholu ani innych używek.
Efektowne widowisko, ale artyści znikali w ciemności
Pewien niedosyt pozostawiła natomiast techniczna strona koncertu. Wysoki podest, z którego Salvatore Ganacci grał swój set, utrudniał obserwowanie artysty, szczególnie osobom stojącym bliżej sceny. Sytuacji nie poprawiało słabe doświetlenie jego postaci, a czarna konstrukcja zasłaniała znaczną część wizualizacji wyświetlanych w tle.
Podobny problem z oświetleniem wykonawców od przodu można było zauważyć już wcześniej podczas koncertów Jana-Rapowanie i Crystal Fighters. Piszę o tym zarówno z perspektywy fotografa, jak i widza odkładającego aparat. Przy ograniczonym świetle artyści chwilami stawali się po prostu trudni do dostrzeżenia.

Nie jest to jednak krytyka całej oprawy wizualnej. Gra świateł w głębi sceny, połączona z miotaczami ognia, konfetti i zimnymi ogniami, stworzyła ostatecznie efektowne widowisko. Brak telebimów jednak nieco pogłębiał jednak problem z widocznością artystów, a właśnie podczas koncertu Salvatore ich obecność byłaby najbardziej przydatna.
Pogoda i logistyka nie wszystkim sprzyjały
Na festiwalu spędziłem tylko pierwszy dzień. Udział w drugim okazał się dla mnie niemożliwy ze względu na problemy logistyczne, do których dołączyły intensywne opady deszczu. Żałuję, że ominęły mnie pozostałe koncerty, choć mam nadzieję zobaczyć występujących tego dnia artystów przy innych okazjach.
Mniej szczęścia do pogody mieli uczestnicy, którzy pozostali w Jastarni również następnego dnia. Nadmorska aura potrafi być zmienna nawet w środku lata, a warunki na północy kraju mogą wyglądać zupełnie inaczej niż w pozostałych regionach Polski.
Sama lokalizacja nie jest wadą festiwalu – wręcz przeciwnie, stanowi jeden z jego największych atutów. Dla osób, które nie nocują na półwyspie, może jednak okazać się logistycznym wyzwaniem. Główne koncerty kończą się przed godziną 2:00, podczas gdy pierwszy pociąg w kierunku Gdyni odjeżdża dopiero około 4:30. Oznacza to długie oczekiwanie, które zdecydowanie warto uwzględnić podczas planowania wyjazdu.

Festiwal, na który warto wrócić
To była moja pierwsza wizyta na Defender Salt Wave Festival i cieszę się, że podczas dnia, w którym mogłem uczestniczyć, pogoda dopisała. Kameralny charakter wydarzenia, bliskość morza oraz scena umieszczona na wodzie tworzą połączenie, dla którego warto odwiedzić to miejsce.
Defender Salt Wave nie próbuje konkurować rozmiarem z największymi polskimi festiwalami. Jego siłą są bliskość scen, wakacyjna swoboda i atmosfera, którą trudno byłoby przenieść w inne miejsce.
Do zobaczenia za rok!







