gacoiapmdm0 hd topaz gigapixel 2x scale 16x9

Śliwka Tuitam: „Dla mnie sztuka nie jest sportem. Z synem robimy muzykę z pasji”

Po latach nieobecności Śliwka Tuitam wrócił do nagrywania, ale na zupełnie innych zasadach niż kiedyś. Jednym z najważniejszych powodów tego powrotu okazał się jego syn Maks, który dziś produkuje znaczną część nowych utworów ojca. Rozmawiamy o wieloletniej przerwie, rodzinnej współpracy, zmianach w hip-hopie, stresie, nostalgii, kultowym statusie „Pijanych Powietrzem” i wspólnym albumie, który ma stać się przede wszystkim rodzinną pamiątką.

Damian Paluszkiewicz: Chciałbym zacząć od dłuższej przerwy w Twojej twórczości. Kiedy prześledziłem dyskografię, dotarłem do „My jesteśmy Harlem” z Andrzejem Grabowskim z 2010 roku, a później do „Nobody is Angel” z 2020 roku. To praktycznie dziesięć lat przerwy. Co działo się z Tobą w tym czasie?

Śliwka Tuitam: Życie. W pewnym momencie nawarstwiło się u mnie sporo różnych rzeczy i trochę mnie to wszystko przygniotło. Postanowiłem zawiesić działalność muzyczną. W tym czasie urodził mi się też syn, więc bardziej skupiłem się na rodzinie i na tym, żeby wszystko miało ręce i nogi.

Pomyślałem, że kiedy zostałem ojcem, powinienem trochę odpowiedzialniej podejść do życia. Zawiesiłem wyjazdy, koncertowanie i nagrywanie, bo wiadomo, że wcześniej wyglądało ono zupełnie inaczej. Przyszła spokojniejsza codzienność.

Miałeś jednak momenty, w których czułeś, że muzyki Ci brakuje i że kiedyś do niej wrócisz?

Bardzo często. Wracała do mnie myśl, że przecież lubię to robić i czegoś mi bez tego brakuje. Z drugiej strony codzienność zaczęła układać moje życie. Trzeba było znaleźć normalną pracę, poświęcić się jej, rodzinie, normalnie zarabiać pieniądze. Proza życia.

Później czasu na myślenie o tworzeniu było coraz mniej, a z biegiem lat właściwie przestałem już o tym myśleć.

Wspominasz o synu. W większości Twoich nowych numerów jako producent pojawia się właśnie Maks.

Zgadza się. Tak naprawdę to on był główną przyczyną mojego powrotu. Trochę wyciągnął mnie za uszy, żebym znowu zaczął to robić.

Tak właśnie podejrzewałem. Jak to się zaczęło?

Na początku po prostu się bawiliśmy. Od małego było widać, że ma talent muzyczny. Kiedy miał pięć czy sześć lat, wysłaliśmy go na gitarę. Chodził tam przez parę lat, poznał nuty, nauczył się je czytać. Było widać, że muzyka w nim siedzi.

Później, kiedy miał może osiem lat, zrobiłem mu małe studio w pokoju. Zaczął się bawić muzyką, klepać swoje rzeczy. W pewnym momencie mówił: „Tata, dograj mi coś”. I tak się zaczęło. Nagrywaliśmy coraz więcej piosenek, ludziom zaczęło się to podobać i dziś po prostu robimy to z pasji.

To dość nietypowa sytuacja. Nie kojarzę zbyt wielu przykładów, w których ojciec z synem wspólnie nagrywają rap. Znasz takie przypadki?

Myślę, że niedługo będzie ich coraz więcej. Nasze pokolenie raperów i muzyków ma już dorosłe dzieci. One też sięgają po instrumenty, komputery i programy, zaczynają robić bity, rapować, pisać teksty.

Takie przykłady już się pojawiają. Byłem na koncercie i zobaczyłem chociażby Wojtasa grającego ze swoim synem.

Dzisiaj dostęp do technologii i wiedzy jest dużo łatwiejszy, a często dzieci poznają tę muzykę właśnie dzięki rodzicom. Sam widziałem na koncertach dorosłych ludzi przychodzących ze swoimi dziećmi. Kiedy ja zaczynałem słuchać rapu, trudno było sobie wyobrazić, żeby rodzice zabierali dzieci na takie koncerty. To ogromna zmiana.

Kiedyś było trochę bardziej niegrzecznie, więc dzieci raczej się ze sobą nie zabierało. Teraz wygląda to inaczej. Ludzie chcą pokazywać dzieciom tę muzykę i jej dobre strony.

Hip-hop nie jest już tą zakazaną, uliczną czy blokową muzyką. Patrząc na siebie z czasów nastoletnich i na różne zagrożenia środowiskowe, które wtedy były obecne wokół Ciebie, widzisz dzisiaj podobne zagrożenia dla młodych ludzi związanych ze środowiskiem rapowym? Czy Twoje doświadczenia wpłynęły na to, jak wychowujesz syna, jak rozmawiasz z nim o świecie, muzyce, wyborach czy różnych pokusach?

Trochę mu opowiadałem o swoim życiu, oczywiście bez wchodzenia we wszystkie szczegóły. Tłumaczyłem mu przede wszystkim, że są w tym świecie rzeczy dobre i złe. Trzeba wszystko przefiltrować przez własny rozsądek i próbować wyciągnąć te dobre rzeczy.

Zagrożenia oczywiście istnieją – imprezy, używki i cała reszta. Myślę też, że dzisiaj pojawiły się zupełnie nowe rzeczy, o których ja nawet nie mam pojęcia, więc trudno mi się na ich temat wypowiadać.

Nie obserwuję już tak mocno tych zjawisk społecznych. Jestem bardziej zanurzony w swoim codziennym życiu, a muzyka jest dla mnie pasją.

Dla mnie sztuka nie jest sportem. Sztuka jest dziedziną, w której każdy musi znaleźć coś dla siebie.

Czyli współczesnej sceny rapowej też nie śledzisz jakoś szczególnie intensywnie?

Trochę śledzę, ale nie jestem jakimś wielkim śledczym. Coś wpadnie mi w mediach społecznościowych, sprawdzę jakiegoś wykonawcę, którego lubię, cenię czy szanuję. Ale dzisiaj jest tego taka masa, że trudno byłoby wszystkiego posłuchać i jeszcze to oceniać.

Zresztą ja nie chcę nikogo oceniać. Każdy robi to, co mu się podoba. Ja też robię swoje i albo komuś to odpowiada, albo nie.

Premier jest dzisiaj tak dużo, że właściwie co tydzień pojawia się coś nowego i ciężko za wszystkim nadążyć. Mam też wrażenie, że mnóstwo wartościowych rzeczy pozostaje nieodkrytych. Kiedyś raperowi było trudno przebić się przez dominację popu i rocka, a dzisiaj trudno przebić się nawet przez sam mainstream rapowy. Hip-hop sam stał się mainstreamem. Jak patrzysz na tę zmianę?

Zgadza się. Mnie może nie do końca się to podoba, ale tego już nie zmienimy. To kolej rzeczy. Nasi rodzice nie rozumieli muzyki, której my słuchaliśmy, nasze dzieci nie zawsze rozumieją tej, której słuchamy my, a my nie zawsze rozumiemy ich muzykę. Tak będzie z pokolenia na pokolenie.

Muzyka ewoluuje, wszystko się zmienia. Najważniejsze, żeby robić to, co samemu się chce i co samemu się czuje. Ja z nikim się nie ścigam.

Jest natomiast jedna rzecz, która nie podoba mi się w nowych trendach. Mam wrażenie, że szczególnie w hip-hopie z muzyki trochę zrobił się sport. Ten jest dobry, bo ma takie skille. Ten ma takie flow. Ten szybko rapuje, tamten wolno.

Dla mnie sztuka nie jest sportem. Sztuka jest dziedziną, w której każdy musi znaleźć coś dla siebie. Dla jednego coś będzie wspaniałe, a dla drugiego nie do słuchania. Nie chcę wchodzić w ocenianie, kto jest lepszy, a kto gorszy. Robienie ze sztuki jakiejś ligi jest dla mnie ogromnym błędem.

W takim razie jaki masz stosunek do rapowych talent show, które pojawiały się w różnych serwisach VOD? Celowo nie będę wymieniał nazw.

Wiem, o które Ci chodzi. Nawet je oglądałem. To z pewnością jest jakaś droga, dzięki której ktoś może się pokazać i zaprezentować swoją twórczość.

Czy taki program rzeczywiście odzwierciedla talent? Nie jestem do końca przekonany. Rządzi się to również innymi kategoriami. Jest w tym show, jest marketing. Wytwórnie szukają przecież ludzi z potencjałem sprzedażowym.

Kogoś, kto zrobi szum.

Dokładnie. Tylko czy zawsze musi iść za tym ogromny talent? Nie jestem o tym przekonany.

To też znak czasów. Kiedyś w dość hermetycznym środowisku rapowym komercjalizacja była niemal czymś niedopuszczalnym. Można było usłyszeć, że jeśli ktoś się komercjalizuje, to przestaje być „prawdziwy”. Dzisiaj można pójść do telewizyjnego show, a w jego jury zasiadają raperzy wywodzący się jeszcze ze starej szkoły.

Zgadza się. Tylko ja po prostu nie lubię oceniać. Sam nigdy nie chciałbym być w takim jury i decydować o kimś.

Jak to się mówi: każda potwora znajdzie swojego amatora. Coś może mi się kompletnie nie podobać, a ktoś inny będzie tym zachwycony. Czy ja mam być wyrocznią, która będzie kierunkować słuchaczy? Nie chciałbym tego.

Chciałbym nawiązać do Waszego ostatniego kawałka, „S.T.R.E.S”. Dzisiaj dużo mówi się o tym, jak stres wpływa na człowieka, jego psychikę i codzienne funkcjonowanie. Jak Ty, jako dorosły człowiek, nauczyłeś się sobie z nim radzić? Co obecnie potrafi najbardziej wytrącić Cię z równowagi i jak do tej równowagi wracasz?

Nie wiem, czy radzę sobie z nim aż tak świetnie. Na pewno lepiej niż dwadzieścia lat temu.

Dobrym przykładem jest wyjście na scenę po dziesięciu latach niegrania koncertów. Przed występem mam nogi jak z waty. Ale kiedy już wychodzę na scenę, wszystko nagle puszcza.

Nie mam żadnych konkretnych metod. Nie medytuję, nie chodzę do psychologa czy psychiatry. Myślę, że pomagają lata doświadczenia. Człowiek dorósł, pewne rzeczy zrozumiał, pewne przegryzł i dzięki temu trochę inaczej sobie z nimi radzi.

Wydaje mi się, że radzę sobie całkiem nieźle, chociaż oczywiście nadal są momenty dużego stresu. I nie chodzi wyłącznie o muzykę. To także zwyczajne problemy codziennego życia.

Wiele osób może pomyśleć o stresie związanym z twórczością czy pracą, ale dochodzi przecież życie codzienne, troska o najbliższych i podstawowe sprawy.

Dokładnie. W tej piosence nie wyliczam wszystkiego konkretnie. To bardziej ogólne przykłady i porównania odnoszące się do różnych sytuacji.

Twoje teksty zawsze były bardzo szczere i życiowe. Czasami pogodne, innym razem bardziej melancholijne. W jednym z utworów napisałeś, że lubisz sięgać pamięcią do minionych dni i przyglądać zdjęciom, przypominając sobie, jak było kiedyś. Kiedy wracasz dzisiaj do przeszłości, robisz to bardziej z nostalgią i spokojem czy są jeszcze sprawy, które wymagają osobistego domknięcia?

Wydaje mi się, że na ten moment wszystkie sprawy mam domknięte. Jeśli o czymś zapomniałem, to teraz naprawdę nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć.

Jestem po prostu sentymentalnym człowiekiem. Lubię wspominać różne rzeczy. Czasami są smutne, czasami bardzo wesołe, ale nie ciągną się za mną jakieś niewyjaśnione problemy z przeszłości.

Tak naprawdę to mój syn był główną przyczyną mojego powrotu. Trochę wyciągnął mnie za uszy, żebym znowu zaczął to robić.

Czujesz szczególną nostalgię do lat dziewięćdziesiątych albo przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych?

Pewnie, że tak. Mam sentymentalne wspomnienia z tych bardziej beztroskich lat, kiedy człowiek jeszcze swobodnie sobie hasał, nie chodził do pracy, nie miał rodziny ani tylu zobowiązań.

Były ekipy, znajomi, różne zabawy. Fajnie się to czasami wspomina, ale to już historia i ona nie wróci.

Mam teorię, że kiedy ludzie mówią: „w latach dziewięćdziesiątych było lepiej”, często nie chodzi wcale o to, że obiektywnie było lepiej. Po prostu byliśmy wtedy młodsi, mieliśmy mniej trosk i obowiązków. Kiedy spojrzy się na rzeczywistość tamtych lat, wcale nie była przecież tak różowa.

Zgadza się. Dzisiaj po prostu mamy innego rodzaju rozterki. To problemy dorosłego człowieka.

Masz wrażenie, że z wiekiem pisze się łatwiej, bo człowiek więcej rozumie, czy trudniej, bo każde słowo zaczyna więcej ważyć?

Dla mnie zdecydowanie trudniej. Jest przecież ta słynna historia, którą opowiadaliśmy z Fokusem, o tym, jak w miesiąc powstała płyta Pijanych Powietrzem.

Właśnie do tego też chciałem nawiązać.

Wtedy w ciągu miesiąca powstało właściwie wszystko – muzyka, teksty, aranżacje, pomysły. Robiliśmy to na bieżąco.

Dzisiaj przychodzi mi to dużo trudniej. Mam też wrażenie, że poważniej podchodzę do pisania. Kiedy czasami słucham piosenek sprzed ponad dwudziestu lat, zdarza mi się złapać za głowę i pomyśleć: „Co ja tam najlepszego powiedziałem?”.

Masz coś, czego wyjątkowo się wstydzisz?

Nie będę przytaczał konkretnych przykładów, ale jest parę takich rzeczy.

Na „Pijanych Powietrzem” czy w innych projektach?

I na Pijanych, i w Ego, i w różnych innych piosenkach. Nie ma tego jakoś strasznie dużo, ale są pojedyncze słowa albo zdania, których dzisiaj na pewno bym nie użył.

Czasami trochę się z tego śmieję, ale to już było i tego nie cofnę.

Zdajesz sobie sprawę, że to może funkcjonować przede wszystkim w Twojej głowie, a dla słuchaczy akurat te fragmenty mogą być czymś rewelacyjnym?

Zdaję sobie z tego sprawę. Tylko że to ja je stworzyłem i wiem, jak według mnie powinny wyglądać.

Mam z „Pijanymi Powietrzem” takie doświadczenie, że czasem w zupełnie zwykłej rozmowie ktoś użyje konkretnego szyku zdania albo rzuci jakąś frazę, a mnie automatycznie odpala się w głowie wers z tej płyty. To pokazuje, jak mocno ten album zapisał się w pamięci. Mam wrażenie, że jest niesamowicie niedoceniony, a dla tych, którzy go poznali, pozostaje czymś wyjątkowym.

Do mnie też docierają opinie, że to już właściwie kultowa płyta w polskim rapie. I sam trochę tak o niej myślę.

Być może nie miała wtedy odpowiedniej promocji. Nie mieliśmy teledysku, praktycznie nie grano nas w radiach. Promowaliśmy ją przede wszystkim koncertami, których wtedy graliśmy naprawdę mnóstwo. W ten sposób muzyka rozchodziła się po Polsce.

Ja pierwszy raz zetknąłem się z Pijanymi właśnie w radiu. To był chyba Program Pierwszy. Po północy, prawdopodobnie w soboty, była audycja rapowa i często leciały tam „Fotki”. Nie miałem wtedy internetu, więc właśnie przez radio docierały do mnie takie rzeczy.

Czyli gdzieś jednak nas puszczali. Być może przy większej promocji mogłoby to pójść jeszcze szerzej. Z drugiej strony ta płyta pokazuje, że czasami nie są potrzebne całe otoczki, teledyski i kolorowe fajerwerki, żeby ludzie po latach docenili dobrą muzykę.

Śliwka Tuitam – Nauka Latania (Official Video)

Dzisiaj bez mediów społecznościowych byłoby już chyba znacznie trudniej.

Dzisiaj to by nie przeszło. Ale wtedy były inne czasy.

Można więc zadać przewrotne pytanie: dzisiaj jest łatwiej, mimo że jest trudniej, czy kiedyś było łatwiej, mimo że było trudniej? Są inne narzędzia, inne środowisko i zupełnie inne problemy. Chyba nie da się tego bezpośrednio porównać?

Myślę, że nie. Jeśli ktoś chce się dzisiaj przebić do mainstreamu, to naprawdę graniczy to z cudem. Sam talent już niewiele znaczy i na pewno nie wystarczy.

Dla mnie sytuacja jest jednak wygodna, bo nie jestem napalony na żadną karierę. Robię z synem muzykę z zajawki i pasji. Mogę wszystko zrobić sam w domu, później wrzucić muzykę na Spotify, inne streamingi czy YouTube. Nie muszę nikogo o nic prosić. Dystrybucję mogę załatwić przez internet.

Mi na tym etapie niczego więcej nie potrzeba. Tworzymy coś, chcemy się tym podzielić ze słuchaczami i wrzucamy to wtedy, kiedy mamy ochotę. Podoba mi się ta wolność.

Byłbyś jeszcze gotowy na eksperyment podobny do tego z czasów Pijanych Powietrzem? Żeby zamknąć się – oczywiście w cudzysłowie – na miesiąc w studiu i wejść w bardzo intensywny, zamknięty proces twórczy?

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Jeśli chodzi o zorganizowanie czasu i same chęci, pewnie dałoby się to zrobić. Nie jestem natomiast pewien swojej obecnej płodności w pisaniu.

Dzisiaj nie wygląda to tak, że siadam i w jeden dzień piszę piosenkę. Czasami siedzę nad czymś miesiąc, skrobię, później przestaje mi się podobać. Dlatego utwory nie wychodzą tak często.

Mógłbym się więc zamknąć na miesiąc w studiu i po tym miesiącu wyjść z jedną piosenką. Płyta raczej by nie powstała.

Myślicie z Maksem o tym, żeby zebrać utwory, które już macie, dołożyć nowe i zamknąć wszystko w większej całości? Wydać album ojca z synem?

Taki jest plan. Tak naprawdę robimy już te piosenki od kilku lat. Te pierwsze typowo nasze rzeczy, w których Maks robi muzykę, a ja piszę tekst i nagrywam wokal, zaczęły powstawać chyba około czterech lat temu.

Chcielibyśmy zamknąć to na płycie i zrobić niewielki nakład fizyczny. Na pewno to zrobimy. Doszliśmy już do momentu, w którym chcemy ten etap w jakiś sposób sfinalizować.

Myślę, że będzie to niewielki nakład skierowany głównie do najwierniejszych słuchaczy.

To jeden egzemplarz będzie w takim razie dla mnie. Bardzo podoba mi się w Waszych produkcjach to, że bity Maksa brzmią dobrze i nowocześnie, ale jednocześnie zachowują oldschoolowy charakter. Słychać inspiracje rapem z początku lat dwutysięcznych. Brakowało mi takiego brzmienia i cieszę się, że Twój powrót poszedł właśnie w tę stronę, zamiast w próbę dopasowania się na siłę do najnowszych trendów.

Maks robi bardzo różne bity. Ja też trochę doglądam procesu twórczego, część rzeczy odpada, a ostatecznie wybieram te podkłady, które najbardziej mi odpowiadają.

Od początku chcieliśmy połączyć mój oldschoolowy klimat z jego młodzieńczym, bardziej współczesnym brzmieniem. Wydaje mi się, że się udało.

Dla mnie bardzo ważna jest też melodia. Nie przepadam za bitami, w których jest wyłącznie rytm i nie potrafię znaleźć żadnej melodii. To po prostu nie jest dla mnie.

Nie jestem nastawiony na liczby, zasięgi czy zarabianie pieniędzy. Mam normalną pracę.

A jak pracowało Ci się nad „Szczęściarzem” na albumie „KATHARSIS” Fokusa i Rahima?

Bardzo sympatycznie odebrałem zaproszenie i z wielką chęcią dograłem się chłopakom.

Ja piosenki trochę traktuję jak filmy. Nie jestem osobą, która uważa, że skoro coś jest rapem, to wszystko musi być absolutnie dosłowne i trzeba wydobyć z siebie największe tajemnice własnego życia jak na kozetce.

Dla mnie piosenka jest filmem. Każdy tekst i każdy pomysł ma swój własny scenariusz. Raz jest to dramat, raz komedia, innym razem coś jeszcze innego.

Oczywiście inspiruję się własnym życiem, otoczeniem, obserwacjami ludzi i znajomych, ale w tekstach pojawia się też fikcja literacka. Nie jest tak, że wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak zostało opisane. Tworzę z piosenek takie małe filmy.

Będzie można usłyszeć Cię na żywo jako gościa podczas trasy Fokusa i Rahima?

Na razie nic mi o tym nie wiadomo, więc nie mogę niczego powiedzieć. Jeżeli pojawi się taka propozycja, to z wielką chęcią wystąpię, ale na ten moment jej nie było.

Ostatnio grałeś z nimi na jubileuszowym koncercie w MCK w Katowicach, jeśli dobrze pamiętam?

Tak. Był to koncert jubileuszowy i pojawili się tam również Pijani Powietrzem. Zagraliśmy kilka kawałków.

Jak było wrócić na żywo do tych numerów? Musiałeś na nowo uczyć się tekstów? Wprowadzałeś jakieś zmiany w miejscach, które po latach już Ci nie odpowiadały?

Tekstów nie zmieniałem. Musiałem natomiast trochę potrenować przed koncertem, bo właściwie nie gram koncertów od kilkunastu lat. W tym czasie zdarzyło mi się raptem kilka gościnnych występów.

Na jubileuszu zagraliśmy chyba cztery albo pięć piosenek Pijanych Powietrzem. Było bardzo sympatycznie, chociaż na początku stres był ogromny.

Ja miałem jeszcze stosunkowo łatwo, bo musiałem przypomnieć sobie tylko kilka utworów. Fokus grał tego wieczoru kilkadziesiąt numerów, więc oni mieli znacznie więcej pracy. Ale wydaje mi się, że koncert wyszedł bardzo fajnie.

Jeśli chodzi o Twój pierwotny skład Ego – jesteś jeszcze w kontakcie z chłopakami?

Mam sporadyczny kontakt z DJ-em Haemem. Czasami się widzimy. Wrócił teraz do Częstochowy, więc zdarza nam się spotkać.

Z Sivym kontakt kompletnie nam się urwał. Z tego, co wiem, wyjechał za granicę. Nie rozmawialiśmy ze sobą od kilkunastu lat, może nawet dłużej.

Czyli po prostu życie rozprowadziło Was w różne strony?

Dokładnie. Nic wielkiego się między nami nie wydarzyło. Każdy po prostu poszedł w swoją stronę.

Jakie macie z Maksem plany na najbliższe miesiące? Powiedzmy do końca roku. Pojawi się jeszcze coś nowego?

Cały czas coś kombinujemy. Jesteśmy już w końcowej fazie przygotowywania albumu.

Nie będę owijał w bawełnę – około 90 procent utworów, które znajdą się na płycie, to rzeczy, których ludzie mogli już posłuchać na naszym kanale YouTube, a większość jest też dostępna w streamingach.

Rynek działa dzisiaj inaczej. Zwykle wypuszcza się jeden czy dwa single, później płytę i zostawia sporo niespodzianek, które mają zachęcić do jej kupienia.

My podeszliśmy do tego odwrotnie. Po kilkunastu latach mojej nieobecności chcieliśmy najpierw dać ludziom posłuchać, co właściwie teraz robię. Żeby nie kupowali kota w worku. Ktoś mógł przecież pomyśleć: człowiek nie rapował trzynaście lat, więc nie wiadomo, co teraz nagrywa i czy jeszcze w ogóle potrafi rapować.

Na pewno płyta powstanie. To już trochę sprawa honoru. Sami chcemy ją mieć na półce. To musi być dla nas rodzinna pamiątka: ojciec z synem nagrał płytę.

Mam wrażenie, że jest sporo słuchaczy – i być może nawet obaj nie zdajemy sobie sprawy, ilu – którzy taki album kupiliby w ciemno.

Możliwe. My jednak uznaliśmy, że w naszym przypadku będzie to najuczciwsze rozwiązanie.

Na płycie znajdzie się też kilka piosenek, których wcześniej nigdzie nie publikowaliśmy, więc będą dodatkowe smaczki. Pojawią się też goście. Jest Agata Kapalska, jest Kleszcz, jest Matis. Prawdopodobnie będą jeszcze inni, ale nie chciałbym na razie zdradzać wszystkiego.

Zostawmy trochę tajemnicy.

Dokładnie. Trochę tajemnicy musi zostać.

Nie jestem jednak w stanie podać konkretnej daty premiery. Nie mamy na nic ciśnienia. Robimy muzykę czysto z pasji. Kiedy mamy chęć i czas, działamy. Kiedy nie mamy – nie robimy nic.

Wiem, że może brzmi to mało profesjonalnie, ale właśnie tak chcemy funkcjonować. Najważniejsza jest dla mnie muzyka.

Przez ostatnie lata wypuściliśmy już trochę piosenek, więc osoby, które tęskniły za moją muzyką, powinny być przynajmniej trochę usatysfakcjonowane.

Wydaje mi się, że taki proces może być bardzo dobry również dla samej twórczości. To Wy decydujecie, kiedy coś jest gotowe. Nie musicie godzić się z terminem klipu, datą premiery, kolejką wydawniczą ani presją, że ktoś na coś czeka.

Nie jestem nastawiony na liczby, zasięgi czy zarabianie pieniędzy. Mam normalną pracę. Codziennie chodzę do niej na szóstą i z niej zarabiam na życie.

Muzyka jest moją pasją, którą realizuję razem z synem. Oczywiście jeśli pojawią się jakieś pieniądze, nie będę ich odrzucał, ale nie dlatego to robimy.

I chyba właśnie dzięki temu muzyka może wypłynąć dokładnie taka, jaka powinna być. Bez dopasowywania jej do zewnętrznych oczekiwań.

Wypływa z nas taka, jaką sami chcielibyśmy zrobić i wypuścić.

Myślę, że to może się obronić lepiej niż niejeden bardzo skrupulatnie zaplanowany marketing wokół płyty. Cieszę się, że ten album powstaje właśnie w taki sposób.

Tak właśnie będzie. Nie wiem tylko kiedy. Chcielibyśmy może zdążyć jeszcze do końca roku, ale może być ciężko. Niewykluczone, że będzie to przyszły rok.

Na pewno jednak ta płyta powstanie. To już trochę sprawa honoru. Sami chcemy ją mieć na półce. To musi być dla nas rodzinna pamiątka: ojciec z synem nagrał płytę. Dla mnie to jest chyba najważniejsze.

Masz w domu wydawnictwa Pijanych Powietrzem i Ego? Zachowały Ci się kasety albo płyty?

Mam wszystkie płyty. Mam pierwsze wydanie Pijanych Powietrzem, mam reedycję i wszystkie trzy płyty Ego.

Wiem, że wymagałoby to dodatkowego zaangażowania, ale gdyby udało się wydać ten nowy album również na kasecie, byłaby to dla mnie kompletna rewelacja. Jestem fanem współczesnych wydań kasetowych, bo zamieniają album w bardzo kolekcjonerskie wydawnictwo.

Wiem, że kasety mocno wróciły właśnie jako rzecz dla kolekcjonerów. Zobaczymy, może uda się zrobić również kilka sztuk na kasecie, nawet mniej niż płyt.

Na razie muszę dopiero zagłębić się w temat. Nie znam rynku tłoczni ani cen, więc trzeba będzie to sprawdzić i wtedy będziemy myśleć.

Mam cichą nadzieję, że ten album stanie się dla Was przetarciem szlaku do kolejnego. Że pokaże Wam, iż nadal są słuchacze, którzy chcą tej muzyki i na nią czekają, a później pojawi się następna płyta.

Kiedy zaczynaliśmy, zarówno ja, jak i mój syn cały czas się uczyliśmy – produkcji, bitów, miksu, masteringu.

Nie da się ukryć, że pierwsze piosenki odstają brzmieniowo od tych najnowszych. Gdybyś puścił utwór sprzed czterech lat i jeden z ostatnich, różnica byłaby wyraźna.

Nie twierdzę, że jesteśmy już jakimiś świetnymi producentami, ale z każdą piosenką widzę progres. Wszystko brzmi coraz lepiej i jest coraz lepiej zrobione. Myślę, że nadal będzie to ewoluować.

Kiedy będziemy wydawać album, chcemy też zrobić remaster wcześniejszych numerów, żeby całość trzymała jeden poziom.

Czyli można powiedzieć, że będzie to taki umowny ponowny debiut. Twój, ale też Wasz wspólny.

W sumie tak.

Na koniec – mam nadzieję, że przy okazji premiery albumu albo któregoś z koncertów będzie jeszcze okazja spotkać się i porozmawiać. Jest szansa, że zobaczymy Cię częściej na żywo?

Jak najbardziej. Myślę, że może się coś udać. Na pewno byłoby bardzo sympatycznie.


Bardzo dziękujemy za rozmowę!
Rozmawiał: Damian Paluszkiewicz / Gazeta Muzyczna

patronite baner na stronę desktop
patronite baner na stronę mobile
Redakcja Gazety Muzycznej

Redakcja Gazety Muzycznej

Jesteśmy niezależną redakcją, która skupia się na tym, co w muzyce naprawdę ważne. Relacjonujemy koncerty i festiwale, podpowiadamy, na co warto zwrócić uwagę, i wybieramy tematy z treścią - nie tylko zasięgiem. Stawiamy na rzetelność, kontekst i muzykę bez plotek i nadęcia. Zamiast gonić trendy, stawiamy na uważną selekcję.