Cztery miesiące po premierze „Orajt” Muniek Staszczyk opowiada o albumie powstającym w czasie poważnych zmian personalnych, internetowym hejcie, odzyskanej radości grania i współpracy z młodszymi artystami. Zapowiada też trasę z okazji 45-lecia zespołu oraz powrót do komponowania podczas wspólnych prób.
Minęły cztery miesiące od premiery „Orajt”. Fani i krytycy zdążyli już wielokrotnie przesłuchać album i wiele o nim powiedzieć. Kiedy sam patrzysz dziś na tę płytę, co mówi ona o miejscu, w którym znajduje się zespół?
Płyta powstawała w momencie wielkich turbulencji. To był trudny czas. Postanowiliśmy rozstać się z Sidneyem Polakiem i Jankiem Benedekiem. Zespół właściwie istniał i nie istniał. Graliśmy zakontraktowane koncerty, ale na próbach nie było już dawnej energii. Pojawiły się konflikty, a potem również internetowy hejt związany z rozstaniem z muzykami.
Powiedziałem: „Dobra, robimy płytę”. Pracowaliśmy nad nią na zasadzie pozytywnej wy***ki. Nie wobec fanów, tylko wobec oczekiwań. Co będzie, to będzie.
Większość wcześniejszych płyt powstawała podczas prób. Zespół grał, ja wymyślałem melodie, śpiewałem bez słów, a później pisałem teksty. Tym razem było odwrotnie. Miałem ogromną nadpłodność tekstową. Wysyłałem Jackowi Perkozowi teksty w wiadomościach i mailach, a on bardzo szybko tworzył do nich muzykę.
Powstało mnóstwo piosenek. Wybrałem te, które ostatecznie znalazły się na albumie. Od początku wiedziałem, że będzie to płyta alternatywna, trochę podobna pod tym względem do „Antyidola”. Nie miała jednego wielkiego, przewodniego singla.
Liczyliśmy, że duet z Sarsą stanie się większym przebojem. Był grany przez duże stacje, ale nie osiągnął skali naszych największych singli. Początkowo trochę mnie to rozczarowało, bo lubię przeboje.
Z drugiej strony cieszyło mnie, jak pracowaliśmy. Jeździłem do Perkoza, nagrywałem wokale w jego domowym studiu. Nigdy wcześniej nie pracowałem w taki sposób. Biegał kot, biegał pies, piliśmy kawę i nagrywaliśmy. Było w tym coś bardzo swobodnego.
Nagle okazało się, że mamy około osiemnastu utworów. Pomyślałem: „Kurde, można z tego zrobić płytę”. I zrobiliśmy.
Album mi się podoba. Nie ma wielkiego singla, ale jest kolejnym odcinkiem naszej historii. Wszystkie wcześniejsze płyty zdobywały złoto. Ta prawdopodobnie nie zdobędzie, chociaż nie wiem, jak ostatecznie będzie.
Jeżeli pytasz, gdzie dziś jesteśmy, to powiedziałbym, że w za******ie dobrym miejscu.
Co się zmieniło?
Przyszedł Aleksander Orłowski, perkusista w wieku mojego syna. Ma 36 lat, jest świetnym człowiekiem i bardzo dobrym muzykiem. Gra bardziej wariacko i wniósł do zespołu inną energię.
Wrócił też Magilla. Wróciła radość grania. Moim zdaniem obecne koncerty są bardzo dobre. Poprzedni skład był oczywiście świetny technicznie, ale teraz pojawiło się coś jeszcze.
Powiem szczerze: odżyłem. Na razie nie piszę nowych rzeczy, ale złapałem energię. Może nie taką jak w czasach „Prymitywu”, bo byłem wtedy 30 lat młodszy, jednak znowu bardzo chce mi się grać.
Był moment, kiedy wychodziłem na scenę przede wszystkim dlatego, że jestem obowiązkowy. Koncert jest zakontraktowany, więc trzeba wykonać pracę najlepiej, jak się da. Teraz, kiedy jedziemy grać, znowu czuję głód grania.
Można więc powiedzieć, że zmiany personalne przyniosły nową energię?
Tak. Chcę jednak powiedzieć coś ważnego w sprawie Sidneya Polaka i Janka Benedeka. To nie jest żadna zagrywka PR-owa. Naprawdę życzę im wszystkiego najlepszego.
To znakomici muzycy, z którymi łączy mnie wiele lat. Nie można przejść nad tym obojętnie, podobnie jak nie można obojętnie przejść nad końcem długoletniej przyjaźni czy małżeństwa. Włożyli ogromne cegły w historię zespołu i nikt tego nie wymaże.
Był moment, kiedy wychodziłem na scenę przede wszystkim dlatego, że jestem obowiązkowy. Teraz, kiedy jedziemy grać, znowu czuję głód grania.
Wiem, że sobie poradzą, bo są bardzo zdolni. Jacek założył nowy zespół ze swoim synem. Uważam, że to fajna rzecz. Od czasu naszego rozstania nie rozmawialiśmy. Nie dziwię się, bo sytuacja była trudna. Nie mam jednak wobec nich uczuć takich jak nienawiść.
Z drugiej strony czasami trzeba przewietrzyć pokój. Po zmianach pojawiło się więcej świeżego powietrza.
Rozstanie wywołało bardzo mocne reakcje. Jak przeżyłeś falę krytyki?
Dostałem w kość. Dużo hejtu wylało się bezpośrednio na mnie. Było to przykre, ale wiadomo, że wszystko spada na lidera. To lider podejmuje ostateczne decyzje.
Ludzie pisali: „Jak możesz wyrzucić kolegę po tylu latach?”. Nikt jednak nie wie, jak wygląda praca w zespole, szczególnie takim, w którym jest kilku dorosłych facetów o silnych osobowościach. Każdy ma swoje ego, wady i zalety. Znamy się jak łyse konie, ale ktoś musi tym wszystkim zarządzać.
Zespół jest małym przedsiębiorstwem. Oprócz muzyków są ludzie odpowiedzialni za technikę, transport i organizację. Łącznie to kilkanaście osób. Ktoś musi brać za nie odpowiedzialność. Ktoś zbiera sukcesy, ale przyjmuje też wszystkie ciosy.
Podjęcie decyzji o rozstaniu z wieloletnimi kolegami kosztowało mnie dużo zdrowia. Mnie również było przykro. Ludzie z zewnątrz nie mają jednak pojęcia, jak wygląda codzienna praca zespołu.
Mieliśmy prawdopodobnie najgorszy okres wizerunkowy w całej historii. Taki jest dzisiaj internet. Teraz jednak każdy robi swoje. Chłopaki idą własną drogą, a my zajmujemy się sobą.
Gramy koncerty, jesteśmy w dobrej formie i każdy może to zweryfikować. Turbulencje się skończyły. Pojawił się spokój.
Wcześniej wydawało ci się, że hejt po prostu po tobie spłynie?
Myślałem, że jestem ze stali. Wydawało mi się, że jestem starym wilkiem i komentarze anonimowych ludzi nie będą miały żadnego znaczenia. Okazało się, że jednak spływają na człowieka i są przykre.
Nie potrzebowałem pomocy psychiatry czy psychologa, ale rozmawiałem z przyjaciółmi. Mówiłem im, że jest mi po prostu smutno. Fani pisali, że nigdy więcej nie kupią mojej płyty, obrażali mnie i kazali mi wyp*****lać.
Oczywiście pojawiały się także głosy w mojej obronie. Zawsze budziłem skrajne emocje, ale tym razem więcej osób było przeciwko mnie.
Po raz pierwszy naprawdę poczułem, czym jest internetowy hejt. Wcześniej było to dla mnie pojęcie teoretyczne. Teraz poznałem go na własnej skórze.
Dzięki temu lepiej rozumiem, jak może działać na bardzo młodych ludzi, którzy żyją głównie w świecie wirtualnym. Dla nastolatka albo osoby mającej około dwudziestu lat taka sytuacja może być naprawdę straszna. Rozumiem teraz, dlaczego może prowadzić do tragedii.
Nie mogę oczywiście porównywać swojego przypadku z sytuacją osiemnastoletniej dziewczyny czy chłopaka. Mam 63 lata, doświadczenie i wiele rzeczy potrafię już od siebie odsunąć. Mimo to odczułem tę falę.
W pewnym sensie cieszę się, że zdobyłem takie doświadczenie. Życie polega również na zbieraniu doświadczeń. Coś musiało mnie kosztować, żeby dzisiaj mogło być inaczej.
Myślałem, że jestem ze stali. Okazało się, że komentarze anonimowych ludzi jednak spływają na człowieka i są przykre.
Co pomogło ci przejść przez ten okres?
Mam mądry management i ludzi, którzy lepiej ode mnie rozumieją współczesne media. Powiedziałem im, co czuję, a oni pomogli przełożyć to na spokojny, komunikatywny przekaz.
W takich sytuacjach najważniejsze jest to, żeby nie działać nerwowo. Pierwszy dół trzeba przejść. Jeżeli masz zespół i ludzi, za których odpowiadasz, musisz dalej robić swoje.
Każdy człowiek jest inny. Jedni są delikatniejsi, inni twardsi. Nie zamierzam zostawać terapeutą show-biznesu, ale gdyby znajomy z branży zapytał mnie o radę, mógłbym opowiedzieć mu, jak sam przez to przeszedłem.
Są oczywiście dużo poważniejsze rzeczy na świecie. Po udarze mam większy dystans. Cieszę się, że żyję, funkcjonuję, śpiewam i gram dla ludzi.
Temat jest już zamknięty. Pokój został wywietrzony. Sidney robi swoje, Janek Benedek ma nowy projekt, a my idziemy dalej. Rozeszliśmy się w różne strony. Tak czasami dzieje się w zespołach.
Znaleźliśmy nowe miejsce na próby i znowu chce nam się wspólnie grać. Jest w porządku. Jest „Orajt”.
Album jest bardzo zróżnicowany. Z jednej strony pojawia się energia młodszych artystów, z drugiej zabawowe momenty, a otwarcie płyty jest poważne i odnosi się do wojny. Od początku chciałeś budować materiał na kontrastach?
Jeżeli znasz naszą historię, wiesz, że na każdej płycie pojawiały się różne kolory. Czasami piosenki były wręcz ze sobą sprzeczne. Nigdy nie byliśmy zespołem, który nagrywa cały album w jednym stylu.
Może „Pocisk miłości” był pod tym względem bardzo spójny. Zazwyczaj jednak na naszych płytach pojawiały się różne emocje i kierunki.
„Orajt” jest chyba najbardziej patchworkowym albumem w naszej historii.
Na czym polegała ta patchworkowa metoda?
Inspiruje mnie bardzo wiele rzeczy: książki, filmy, rozmowy zasłyszane w knajpie albo w samochodzie. Kiedy coś mnie porusza, zapisuję w telefonie pojedynczy wers albo dwa zdania.
Wysyłałem takie fragmenty do Jacka Perkoza. Czasami były to dwa lub cztery wersy. On tworzył do nich muzykę i prosił, żebym dopisał resztę. Przesyłał mi wersje robocze, a później spotykaliśmy się i dalej nad nimi pracowaliśmy.
Nie siadałem z założeniem: „Teraz napiszę piosenkę o wojnie, seksie albo Bogu”. Wszystko wychodziło samo. Teksty budowałem z wersów, które wcześniej wpadały mi do głowy.
Przy poprzednich płytach pracowałem inaczej. Wbrew pozorom jestem bardzo zorganizowany. Kiedy zaczynaliśmy próby, kupowałem kilka dużych zeszytów, bo teksty zawsze piszę ręcznie. Zespół grał, ja wymyślałem melodie, a później wracałem do domu i pisałem.
Przy „Orajt” najpierw powstawały fragmenty tekstów, a dopiero później muzyka. To była całkowicie odwrotna metoda.
Tytuł albumu również pojawił się w jednej z takich codziennych sytuacji?
Tytuł miałem już wcześniej, bo często używałem tego słowa w rozmowach i wiadomościach. Wiedziałem, że będzie kontrastem, ponieważ na tej płycie wcale nie jest dobrze.
Jeden z ważnych tekstów narodził się natomiast podczas rozmowy z kierowcą. Rozmawialiśmy o sytuacji na świecie, polityce i Trumpie. W pewnym momencie powiedział: „Lepiej już było, dobrze już nie będzie”.
Pomyślałem, że to znakomite zdanie. Wysiadłem z samochodu i później zbudowałem wokół niego tekst.
Tak powstawał cały album. Składałem go z różnych obserwacji, zdań i fragmentów. Kiedy w pewnym momencie spojrzałem na całość, okazało się, że mamy kilkanaście dobrych piosenek.
Jest w nich energia, coś ze starego charakteru zespołu i pewna elegancka niechlujność. To dorośli panowie grający rock’n’rolla, ale jest w tym nonszalancja. Bardzo mi się to podoba.
Jacek Perkoz jest wysmakowanym gitarzystą i słucha mnóstwa nowej muzyki. Ja obecnie słucham jej trochę mniej, więc pokazywał mi wielu młodych artystów. Siedzieliśmy u niego i wspólnie ich słuchaliśmy.
Jak ta metoda różniła się od pracy nad „Hau! Hau!”?
Z Jankiem Benedekiem pracowałem inaczej. Dostawałem od niego praktycznie gotową piosenkę, razem z linią wokalną. Oczywiście modyfikowałem ją i dodawałem coś od siebie, ale trzymałem się przygotowanego kierunku.
Benedek bardzo dobrze zna moje możliwości głosowe. Wiedział, w jakiej skali i tonacji będę dobrze brzmiał. Przygotowywał mi gotowe danie, a ja później pisałem do niego tekst.
Podczas pracy nad „Orajt” każdy utwór był niespodzianką. Jedynie przy duecie miłosnym od początku wiedzieliśmy, że będzie pozytywny i zostanie nagrany z kobietą. Cała reszta powstawała bez planu.
Czy podczas pisania chodził ci po głowie konkretny obraz współczesnego społeczeństwa?
Nie. Nie miałem założenia, że nagram płytę opisującą sytuację polityczną czy społeczną. Takie rzeczy znakomicie robi Kazik albo raperzy.
Oczywiście przez lata napisaliśmy wiele piosenek mocno osadzonych w rzeczywistości tego kraju. Z naszych tekstów można ułożyć obraz kilku ostatnich dekad. Nie planowałem jednak, że „Orajt” będzie albumem o konkretnym momencie historycznym.
Chłopaki mówili nawet: „Muniek, tylko nie moralizuj i nie politykuj za dużo”. Odpowiadałem, że nie mam takiego zamiaru.
Jeden utwór powstał po obejrzeniu telewizyjnej dyskusji polityków. Pomyślałem wtedy o tym, czym jest zawód polityka. Ludzie publicznie się kłócą, chociaż prywatnie prawdopodobnie dobrze się znają, piją razem alkohol i chodzą na te same przyjęcia.
Ja mam pracę na scenie, a ich pracą jest kłócenie się w mediach. Z tego powstał tekst jednoznacznie odnoszący się do polityki. Był jednak wyjątkiem, a nie częścią większego planu.
Mimo to wiele tekstów można odebrać jako opowieści wyciągnięte bezpośrednio z życia.
Bo interesują mnie ludzie. Mądrość może ci przekazać ksiądz, kierowca, rozsądny polityk albo człowiek pijący piwo pod sklepem. W codziennych rozmowach jest dużo mądrości i poezji.
To rodzaj miejskiej poezji, która jest bardzo ważna w hip-hopie. Raperzy również zbierają różne obserwacje i później je sklejają.
Bardzo cenię hip-hop. Nie jestem raperem, ale podczas pracy nad „Orajt” stosowałem trochę podobną metodę. Zapisywałem krótkie zajawki, a później budowałem z nich całe teksty.
Widzisz siebie we współpracy z którymś ze współczesnych, młodych raperów?
Oczywiście. Jestem otwarty. Podoba mi się na przykład Oki. Wykorzystał fragment jednego z naszych starszych nagrań na swojej płycie. Podobają mi się jego rzeczy.
Lubię bardziej uliczny rap. Nie chodzi mi o uliczność w negatywnym znaczeniu, ale o twórczość mocno osadzoną w życiu. Cenię również starszych artystów, takich jak Sokół.
Młodsze środowisko hip-hopowe w jakiś sposób mnie szanuje. Zostałem zaproszony do wręczania jednej z branżowych nagród. Kiedy zapytałem organizatorów, dlaczego mnie wybrali, powiedzieli, że cenią moje teksty. Był to dla mnie duży komplement.
Jako człowiek zajmujący się językiem widzę w polskim hip-hopie bardzo dużo ciekawej poezji. Forma hip-hopowa bardzo mi odpowiada.
Chętnie zrobiłbym coś z interesującym młodym artystą, pod warunkiem że pasowałoby to do obu stron i nie wyglądałbym w tym śmiesznie.
Na „Orajt” pojawiają się też Sarsa i WaluśKraksaKryzys. Co najbardziej interesuje cię we współpracy z młodszymi artystami?
Waluś wystąpił z nami podczas dużego festiwalu w 2023 roku. Organizatorzy chcieli, żebyśmy zaprosili gości. Wcześniej usłyszałem jego muzykę i pomyślałem: „K***a, młody człowiek, który naprawdę gra gitarowego rock’n’rolla”.
W dużych stacjach prawie nie słyszę dzisiaj takiej muzyki. Oczywiście istnieje mnóstwo znakomitych zespołów, ale nie są szeroko prezentowane.
Poszedłem na koncert Walusia i zobaczyłem, że chłopaki świetnie grają. Później doszło do spotkania. Powiedział mi, że wychowywał się na naszych piosenkach. Było to bardzo miłe.
Zaprosiłem go na wspólny występ. Fajnie wtopił się w nasz klimat. Wracaliśmy później razem busem i przez całą drogę opowiadaliśmy sobie różne historie. Pomyślałem, że jest za******ym ziomem.
Później wystąpił z nami jeszcze raz, a następnie zaprosiłem go na płytę. Mieliśmy postpunkowy numer, który chciałem zaśpiewać z mężczyzną. Od razu pomyślałem o Walusiu.
Uwielbiam takie współprace. Przez lata śpiewałem z ogromną liczbą ludzi z różnych muzycznych światów. Mógłbym napisać o tym książkę.
Szczególnie lubię pracować z młodszymi osobami, kiedy widzę, że sprawia im to radość. Dla zespołu z długą historią jest to wielki komplement. Można się też od nich czegoś nauczyć, bo każdy inaczej podchodzi do śpiewania, grania i pracy w studiu.
Ważna jest również relacja prywatna. Nie lubię grać z ludźmi, których nie lubię. Jeżeli ktoś zupełnie by mi nie odpowiadał, wycofałbym się ze współpracy.
Rock’n’roll jest połączeniem pasji i pracy. W moim przypadku od dawna jest również zawodem. W latach osiemdziesiątych był wyłącznie pasją, bo właściwie nic na nim nie zarabialiśmy.
Jak rozpoczęła się współpraca z Sarsą?
Mieliśmy z Jackiem Perkozem muzykę i tekst. Wiedzieliśmy, że powinien to być duet kobiety i mężczyzny.
Zastanawiałem się, kogo zaprosić. Na scenie jest wiele młodych kobiet śpiewających w ciekawy sposób. Pewnego dnia jechałem samochodem ze znajomym. W radiu usłyszałem interesujący głos i zapytałem, kto śpiewa. Okazało się, że to Sarsa.
Znałem wcześniej jej pseudonim i charakterystyczny wizerunek, ale nie zwracałem większej uwagi na głos. Ma on w sobie coś kobiecego i dziewczęcego, ale jednocześnie lekko perwersyjnego. Nie jest po prostu piękny i słodki. Kryje się w nim coś więcej, co trudno nazwać.
Zdobyłem kontakt i sam do niej zadzwoniłem.
Po udarze mam większy dystans. Cieszę się, że żyję, funkcjonuję, śpiewam i gram dla ludzi.
Trudno było ją przekonać?
Nie. Młodsi artyści często mają do naszego zespołu dużo sympatii. Nie mówię tego, żeby przypinać sobie medale.
Kasia Sienkiewicz opowiadała mi, że słuchała nas jeszcze przed urodzeniem, ponieważ jej mama była w ciąży podczas jednego z naszych koncertów. Jej ojciec występował wtedy przed nami.
Sanah powiedziała mi kiedyś, że słuchała naszych piosenek w przedszkolu. Sarsa również znała tę muzykę od dawna.
To dużo młodsze dziewczyny, ale mają do nas sympatię. Sarsa poprosiła tylko, żeby przy singlowej wersji utworu pracował także jej producent. Wersja albumowa jest trochę inna. Perkoz współpracował więc z jej ekipą przy ostatecznej wersji.
Później poznaliśmy się osobiście i mamy bardzo dobry kontakt.
Nie zdarzyło się, żeby ktoś z młodszych artystów odmówił nam współpracy. Oczywiście nie próbowaliśmy dotrzeć do wszystkich. Z Dawidem Podsiadło nie nagrałem duetu, ale napisaliśmy wspólnie piosenkę.
Najwięksi młodzi artyści są otoczeni dużymi zespołami menedżerów, więc czasami trudniej dotrzeć do nich bezpośrednio. Z Dawidem znam się jeszcze z czasu, kiedy był bardzo młody.
Część ludzi traktuje nas oczywiście jak zespół boomerski. Bardzo wielu młodych odbiorców widzi jednak w nas klasyczny zespół rockowy. Nie mieliśmy żadnego problemu ze współpracą z Sarsą ani Walusiem.
Co „Orajt” otwiera w waszym dalszym kierunku twórczym?
W 2027 roku będziemy obchodzić 45-lecie zespołu. Chcielibyśmy je uczcić, ale nie kolejnym albumem. Dopiero wydaliśmy płytę i nie mamy od razu energii na następną. Album musi się najpierw urodzić w głowie.
Żyjemy jednak w kulturze streamingu i singli. Myślimy o nagraniu jednego albo dwóch bardzo mocnych utworów. Być może zaprosimy kogoś do współpracy producenckiej i kompozytorskiej. Nie chodzi już o kolejny duet.
Planujemy trasę z okazji 45-lecia. Jej roboczy tytuł to T.45. Brzmi trochę jak nazwa czołgu, ale może właśnie dlatego jest fajny.
Chcemy przygotować turbo za*****ty singiel, który z jednej strony będzie bardzo w naszym stylu, a z drugiej zdoła przebić się do szerokiego odbiorcy.
Nie będzie łatwo znaleźć taki kompromis. W dzisiejszym mainstreamie trudno przemycić mocniejszą gitarę. Duże stacje grają bardzo określony rodzaj muzyki.
Kiedyś podczas dłuższej podróży zepsuło nam się radio. Można było słuchać tylko jednej dużej stacji. Po kilku godzinach pomyślałem, że niezwykle trudno będzie przemycić tam gitarę graną w taki sposób jak nasza.
Nie spieszymy się. Prawdopodobnie przygotujemy trzy albo pięć numerów, a następnie wybierzemy z nich jeden lub dwa.
Co wydarzy się jeszcze w tym roku?
„Orajt” ukaże się na winylu 5 listopada. Wszystkie nasze płyty zostały wydane w tym formacie, więc chcieliśmy zachować ciągłość.
Trasa związana z albumem cały czas trwa. Latem gramy koncerty plenerowe, a jesienią odbędzie się jeszcze kilka występów klubowych.
Wracamy też do regularnych prób. Od połowy lipca zaczynamy pierwszą serię spotkań w sali. Chcemy znowu tworzyć piosenki wspólnie, tak jak robiliśmy to dawniej.
Myślimy również o współpracy z młodszymi producentami. Pracowałem już z Olkiem Świerkotem, Dawidem Podsiadło i Bartoszem Dziedzicem. Dało to bardzo dobry rezultat. Emade miksował już dwie moje płyty.
Jest wielu zdolnych ludzi, którzy mogliby producencko ubrać naszą muzykę w taki sposób, żeby zachowała własny charakter, ale jednocześnie łatwiej przebiła się w radiu.
Możesz jako pierwszy napisać, że takie rozmowy i próby już się rozpoczynają.
Czy oznacza to również pracę nad kolejnym albumem?
Jeszcze nie. Kiedy kurz po jubileuszu opadnie, być może przyjdzie czas, żeby nagrać płytę w tradycyjny sposób.
Zarówno „Hau! Hau!”, jak i „Orajt” powstały właściwie jako projekty duetów. Pierwszą przygotowaliśmy z Jankiem Benedekiem, drugą z Jackiem Perkozem. Oczywiście grał na nich zespół i są to nasze wspólne albumy, ale sam proces komponowania był bardziej laboratoryjny.
Chciałbym po latach stworzyć płytę podczas prób, a później wejść do studia z całym zespołem i nagrać ją wspólnie. „Orajt” powstawał partiami. Każdy nagrywał osobno swoje instrumenty, a ja później wokale.
Mamy nowego perkusistę i dobrą energię. Nie będziemy teraz rzucać się na pełny album, ale kiedy zaczniemy regularnie grać próby, coś może się urodzić. Nigdy nie wiadomo.
Mam ochotę na następną płytę, ale nie chcę nagrywać jej natychmiast. Chciałbym, żeby powstała jak album prawdziwego zespołu – ze wspólnego grania.
Zapytałeś mnie, jak ja odbieram „Orajt”. Powiedziałem, że dla mnie jest to album świeży, autentyczny i niesentymentalny. Czy taki odbiór jest dla ciebie ważny?
Bardzo. Chciałem usłyszeć szczerą opinię, bez wazeliny. Interesowało mnie, jak ta płyta wypada na tle wcześniejszych albumów.
Cieszę się, że nie odbierasz jej jako próby powielania przeszłości. Nie chcieliśmy udowadniać na siłę, że nadal jesteśmy tym samym zespołem, który ludzie pamiętają sprzed wielu lat.
Jeżeli słyszysz w tym materiale świeżość, to jest dla mnie ogromny plus. Nie jesteśmy najmłodsi i nie jesteśmy debiutantami. Najważniejsze, żeby nie było słychać „nieświeżej skarpety”.
Chcę, żeby było słychać, że chłopaki mają swoje lata, ale nadal brzmią świeżo. „Orajt” jest rock’n’rollową płytą.
Nie ma w niej również taniego kokietowania publiczności ani desperackiej próby trafienia w algorytmy.
Dokładnie. Nie ma pozy ani kokietowania, które udaje, że nie jest kokietowaniem.
Kiedy zaczynaliśmy pracę nad albumem, liczyliśmy oczywiście, że odniesie większy sukces. Siedzieliśmy kiedyś z Perkozem w knajpie. Powiedziałem, że spodziewałem się większego zainteresowania pierwszym singlem ze strony dużych stacji.
Po chwili spojrzał na mnie i powiedział: „Przecież nie gramy o złote kalesony”.
Pomyślałem, że ma rację. Mam już trochę złotych płyt na ścianie. Oczywiście cieszę się, kiedy album dobrze się sprzedaje. Nie będę udawał, że zupełnie mi na tym nie zależy.Nie jest to jednak najważniejsze. Jeżeli odbiorca słyszy w tej płycie świeżość i autentyczność, to znaczy, że zrobiliśmy coś wartościowego.
Bardzo dziękujemy za rozmowę!
Rozmawiał: Damian Paluszkiewicz / Gazeta Muzyczna







