Podsiadło, AI i bojkot. Najpierw oburzenie, potem fakty

Dawid Podsiadło od lat wzbudza emocje. Jedni go uwielbiają, drudzy nienawidzą, a trzecim jest obojętny. Tym razem jednak emocje nie wybuchły przez jego muzykę, lecz przez klip do „na błysk”. A właściwie nie przez sam klip, bo ten jest bardzo przyjemnym obrazem inspirowanym filmem „Zakochany bez pamięci” Michela Gondry’ego, którego bohater próbuje usunąć z pamięci bolesne fragmenty relacji. O co więc cały szum?

O AI. Bo kiedy informacja o jego użyciu poszła w ruch, wielu zaczęło Podsiadłę krytykować, a nawet wzywać do bojkotowania. Jak wyglądają argumenty? Otóż tak wielce utalentowany i bogaty artysta, którego stać na najlepszych specjalistów w branży kreatywnej, zdecydować się miał na użycie AI do wygenerowania klipu. AI, które przecież tak bardzo kradnie ludziom z branży pracę. Miałby być to nóż w plecy branży kreatywnej i zdrada środowiska twórców oraz innych artystów.

Sęk w tym, że AI nie wygenerowało całego klipu „na błysk”. Według wyjaśnień artysty zostało użyte jako jedno z narzędzi postprodukcji. I to jest na tyle istotna różnica, że warto oddzielić realną dyskusję o AI od uproszczonego oskarżenia, że cały klip został wygenerowany sztucznie. Pokazuje to, jak wielu ludzi niewiele wie o tym, jak dziś wygląda praca z obrazem i jak AI wykorzystuje się w tej branży.

No dobrze, ale co to za różnica, zapytacie? Dla niewtajemniczonych: postprodukcja to etap prac po zakończeniu nagrań lub zdjęć, obejmujący m.in. montaż, korekcję obrazu i dźwięku, efekty specjalne oraz finalne przygotowanie materiału do publikacji. I to właśnie do efektów specjalnych użyto AI. Do efektów specjalnych, których obecność w kinie, teledyskach i reklamach akceptujemy od dekad.

Tak więc Dawid Podsiadło nie napisał promptu, który wygenerował mu cały klip w mniej niż pięć minut. Nad klipem pracowało prawie 40 osób przez miesiąc, realizowano zdjęcia z prawdziwymi aktorami, w prawdziwej Warszawie. W dodatku z użyciem starej kamery VHS. Zdziwieni?

Sam Podsiadło poczuł się w obowiązku o tym napisać, dlatego wydał oświadczenie. Odsyłam tu do posta o premierze klipu, w którym zostało ono przytoczone – klik. Pokazał też przykładowe kadry, które udowadniają, jak wyglądały zdjęcia „surowe”, a jak wyglądają finalnie przy użyciu AI. I, jak się okazuje, efekt jest naprawdę imponujący.

Tego, jak użyć AI, też trzeba wiedzieć. To branża rozwijająca się tak szybko, że cały czas trzeba uzupełniać swoją wiedzę. Dlatego ludzie w branży kreatywnej, którzy nauczyli się wykorzystywać AI, nierzadko przeznaczają swój czas, energię i pieniądze na szkolenia, narzędzia oraz testy. AI jest dziś po prostu kolejnym krokiem. Kolejnym narzędziem. A narzędzi, jak wiadomo, trzeba nauczyć się używać.

Dlatego osoby z branży kreatywnej, które uczą się świadomie korzystać z AI, niekoniecznie muszą widzieć w nim wyłącznie zagrożenie. Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzie zastępuje twórcę, a nie wtedy, gdy pomaga zrealizować konkretną wizję. Sam nie jestem fanem wpychania AI wszędzie, gdzie to tylko możliwe, ale rozumiem, że bez niego nie ma przyszłości w prawie żadnej dziedzinie.

Trzeba jednak przyznać jedno: w tej całej sytuacji jest też słuszny punkt. AI jest na tyle potężnym narzędziem, że trzeba rozmawiać o tym, gdzie leży granica jego wykorzystania w branży takiej jak muzyka. I choć jestem pod wrażeniem takich narzędzi jak Suno, nie oznacza to, że pochwalam plagę muzyki AI w serwisach streamingowych, niezależnie od tego, jak bardzo trafiałaby w mój gust.

Odbiorcy zdecydowanie powinni wiedzieć, kiedy mają do czynienia z AI, w jakiej formie i w jakim celu. Oczywiście, nietrudno się domyślić, że gadający kot to AI. Ale już wiele innych treści łudząco przypomina, a nawet już nie przypomina, tylko wygląda jak prawdziwi ludzie, zwierzęta i sytuacje. Kiedyś zaawansowane technologie przy produkcji CGI były zarezerwowane tylko dla wielkich wytwórni filmowych czy topowych artystów. Teraz, kiedy technologia ogromnie się rozwinęła i granica dostępności skrajnie się przesunęła, zaczęto widzieć w tym problem.

Można się faktycznie obawiać, czy duzi artyści nie normalizują zaawansowanej technologii, która później uderza w mniejszych twórców. Z drugiej strony to twórcy muszą nadążać – chcąc nie chcąc – za standardami i trendami w branży. Więc logicznie można wyciągnąć wniosek, że ci, którzy z AI nie nauczą się korzystać, realnie mogą na tym stracić. Nie oznacza to też automatycznie, że wszystko dzisiaj musi być generowane sztucznie. Najważniejsze to nauczyć się dobierać narzędzia do potrzeb.

AI rodzi strach. Czasem uzasadniony, ale bardzo często wynikający z niezrozumienia oraz elementarnego braku wiedzy o tym, jak to narzędzie działa i jak można je wykorzystywać. Zabawne jest przy tym to, że jakoś nie mamy – generalizując, my, słuchacze – problemu z tym, żeby zaakceptować wokalnie mało uzdolnionych artystów, którzy ratują się, jak mogą, autotune’em (co i tak wciąż brzmi żenująco), a mamy problem z tym, żeby zaakceptować sztuczną inteligencję. Tę, która jest inteligentna dokładnie na tyle, na ile inteligentny jest człowiek, który ją wykorzystuje.

I może właśnie od tego warto zacząć rozmowę o AI w muzyce: nie od paniki, nie od bojkotu i nie od udawania, że każdy efekt specjalny to zamach na twórców. Tylko od sprawdzenia, co właściwie zostało zrobione, po co zostało zrobione i kto naprawdę nad tym pracował.

Damian Paluszkiewicz

Damian Paluszkiewicz

Jestem redaktorem naczelnym Gazety Muzycznej, fotografem koncertowym oraz właścicielem ogólnopolskiej agencji marketingowej, w której łączymy strategię z kreatywną realizacją i skuteczną komunikacją. Muzycznie najmocniej ukształtowała mnie elektronika lat 90., z domieszką klasycznego hip-hopu z tamtej dekady.