„Są dni (…), kiedy masz ochotępo prostu zniknąć”. MIN t o nadziei, przebodźcowaniu i albumie „Before the After” [WYWIAD]

MIN T, czyli Martyna Kubicz, wraca z albumem „Before The After”. To materiał pełen glitchy, breakbeatowej energii, chłodnych cyfrowych brzmień i emocji, których nie da się łatwo wygładzić. W rozmowie opowiada nam o samodzielnym miksowaniu płyty, pracy producenckiej, zdrowiu psychicznym i nadziei. Mówi też o szukaniu własnego języka między klasyczną dyscypliną, jazzową swobodą a klubową intensywnością. To wywiad o albumie, który momentami przytłacza, ale właśnie dzięki temu zostawia miejsce na taniec, przeżywanie i poczucie, że nie jesteśmy ze swoimi emocjami sami.

[Damian Paluszkiewicz] Czy jest na tej płycie fragment albo utwór, który szczególnie dobrze pokazuje, gdzie dziś jesteś jako MIN t?

[MIN t] To trudne pytanie – kocham wszystkie utwory jak własne dzieci. Ale „Before The After” jest dla mnie wyjątkowe, bo najlepiej pokazuje moją energię, wybuchowość i produkcyjny skill, a jednocześnie oddaje cały przekrój emocji i tematów, o których jest ten album.

Jak myślałaś o kolejności utworów na „Before the After” – jako o narracji, przepływie emocji czy po prostu najlepszym rytmie słuchania?

Miałam dwie wersje kolejności tej płyty – jedną bardziej opartą na narracji, a drugą na tym, jak album się po prostu słucha jako całość. Oba aspekty były dla mnie bardzo ważne, ale finalnie postawiłam bardziej na słuchalność. Z kolei koncertowa wersja albumu jest już dużo bardziej narracyjna – pomiędzy utworami pojawiają się krótkie historie i wizuale, które spinają wszystko w jedną całość.

W opisie albumu pojawia się „nadmiar bodźców” i „emocjonalne spłaszczenie”. Jak przekłada się taki stan na konkretne decyzje produkcyjne?

Myślę, że ten nadmiar bodźców bardzo słychać w glitchach, breakbeatowych rytmach i noisowym sound designie – szczególnie w „Digital Flower”. Chciałam, żeby momentami muzyka była wręcz przebodźcowująca i trochę przytłaczająca. Z kolei emocjonalne spłaszczenie bardziej nawiązuje do tekstów, ale też do eterycznych padów i bardzo cyfrowych, chłodnych brzmień, które przewijają się przez cały album.

„Najbardziej przełomowe było dla mnie zmiksowanie całego albumu samodzielnie. To było ogromne wyzwanie, ale dzięki temu naprawdę uwierzyłam w siebie jako producentkę”.

Jak wyglądał Twój podstawowy setup przy pracy nad „Before the After” – DAW, syntezatory, sample, efekty? I które narzędzie najmocniej wpłynęło nie na wygodę pracy, ale na samo brzmienie albumu?

Głównym narzędziem był Ableton, dużo wtyczek, mój wokal i studio, które wynajęłam specjalnie do pracy nad albumem. Robiłam sporo własnego sound designu w Abletonie. Bardzo ważny był dla mnie ShaperBox – dzięki niemu mogłam tworzyć dużo glitchowych efektów. Korzystałam też ze Splice’a do sampli wybuchów, syren czy breakbeatów, dużo używałam Serum, EFX Fragments, które pięknie glitchuje dźwięk, a także kostki gitarowej Chase Bliss Mood, która daje niesamowite reverby i delaye.

Na tym albumie pełnisz wiele ról naraz: producentki, wokalistki i osoby odpowiedzialnej za cały kształt projektu. Która z tych ról najbardziej zmieniła Twoje podejście do muzyki?

Najbardziej przełomowe było dla mnie zmiksowanie całego albumu samodzielnie. To było ogromne wyzwanie, ale dzięki temu naprawdę uwierzyłam w siebie jako producentkę – że potrafię to robić, że sprawia mi to ogromną frajdę i że działam intuicyjnie i szybko. Dużo nauczyła mnie też rola project managerki całego przedsięwzięcia. Zrozumiałam, jak rozmawiać z ludźmi, jakie błędy popełniałam wcześniej i czego mogę oczekiwać od współpracy przy tak dużym projekcie.

MIN t – Hope (Official Music Video)

Mówiłaś, że „Hope” początkowo nie było pisane dla Ciebie. Co musiało się wydarzyć, żeby utwór wrócił do Ciebie jako coś osobistego?

Przez ostatnie dwa lata pracowałam dla międzynarodowej agencji, tworząc muzykę do projektów komercyjnych. Niestety bardzo źle wpłynęło to na moje zdrowie psychiczne – wróciłam do depresji, a środowisko nastawione wyłącznie na zysk kompletnie rozmijało się z moją wrażliwością i moralnością. Musiałam wrócić do antydepresantów, które pomogły mi stanąć na nogi i odzyskać kreatywność. Moja siostra zmieniła ten utwór w coś bardziej uniwersalnego i jestem z tego bardzo dumna. „Hope” przypomniało mi, że nie można się poddawać – nie tylko w muzyce, ale w życiu w ogóle.

„Hope” i „Last Day” zapowiadały album z dwóch różnych stron. Co je najmocniej łączy – kontrast, wspólny niepokój, napięcie między nadzieją a rezygnacją, a może coś mniej oczywistego?

Są dni, kiedy wierzysz, a są takie, kiedy masz ochotę po prostu zniknąć z tego świata. Jesteśmy tylko ludźmi i chciałam pokazać, że czasem mamy siłę, a czasem kompletnie jej nie mamy.

„Są dni, kiedy wierzysz, a są takie, kiedy masz ochotę po prostu zniknąć z tego świata. Jesteśmy tylko ludźmi i chciałam pokazać, że czasem mamy siłę, a czasem kompletnie jej nie mamy”.

„Last Day” mówi o świecie, w którym trudno zachować poczucie sprawczości. Jak szukałaś dla tego utworu formy, która nie unieruchamia słuchacza w bezradności, tylko daje mu rytm, napięcie i ruch?

W mojej wyobraźni widziałam siebie jako ostatnią osobę na ziemi – świat wyglądał już jak Mars, był zniszczony i apokaliptyczny. Chodziłam po nim i zostawiałam graffiti z napisami „Hope” albo „Last Day”, może dla kogoś, kto jeszcze przetrwał. Ale jednocześnie cały czas tańczyłam – jak w transie. I kiedy nadchodzi koniec, unoszę się gdzieś w ekstazie.

Masz za sobą edukację klasyczną i jazzową, a dziś pracujesz z elektroniką, produkcją i klubową energią. Co z tamtej muzycznej dyscypliny nadal Ci pomaga a co musiałaś świadomie odpuścić, żeby znaleźć własne brzmienie?

Nigdy nie lubiłam ślepo podążać za zasadami. Inspirowali mnie Debussy i Scriabin, którzy pokazali mi bardziej obrazowe i innowacyjne podejście do muzyki – improwizację skalami, tonacjami i atmosferą. Szkoła muzyczna dała mi ogromną dyscyplinę i świadomość, że nic nie przychodzi łatwo. Ale musiałam nauczyć się odpuszczać formę, nie bać się improwizacji i chaosu.

MIN t -This Thing About Us (Official Visualizer)

Jak dużo miejsca zostawiasz sobie na scenie na przypadek, improwizację albo zmianę napięcia w utworach, które w wersji studyjnej są tak świadomie zbudowane?

Zazwyczaj mam ustalone formy i wiem, ile trwa każdy moment, ale zostawiam sobie przestrzeń na improwizację – szczególnie na pianinie albo syntezatorach. To jest taka „kontrolowana improwizacja”, ale i tak za każdym razem wychodzi coś nowego. Zwłaszcza teraz, kiedy mam Mooga Mother i nie mogę zapisywać presetów, więc każde brzmienie buduję od zera.

Czy po premierze potrafisz być dla siebie życzliwa, czy nadal słyszysz w tych utworach miejsca, do których chciałabyś wrócić i coś poprawić?

Potrafię. Jestem bardzo dumna z tego, co zrobiłam. Jasne, są małe momenty, które mogłabym zrobić lepiej, ale to już nie ma znaczenia. Emocje są prawdziwe – i to jest najważniejsze.

Gdybyś mogła na chwilę wejść w rolę słuchaczki własnej płyty – czego życzyłabyś osobie, która właśnie kończy jej słuchać?

Mam nadzieję, że poczuje, że nie jest sama z tym poczuciem beznadziei i przebodźcowania. I że ta płyta przyniesie jej trochę nadziei, momentów oderwania od rzeczywistości, przestrzeni do tańca i przeżywania emocji – samotnie albo z kimś obok.


Bardzo dziękujemy za rozmowę!
Rozmawiał: Damian Paluszkiewicz / Gazeta Muzyczna

Damian Paluszkiewicz

Damian Paluszkiewicz

Jestem redaktorem naczelnym Gazety Muzycznej, fotografem koncertowym oraz właścicielem ogólnopolskiej agencji marketingowej, w której łączymy strategię z kreatywną realizacją i skuteczną komunikacją. Muzycznie najmocniej ukształtowała mnie elektronika lat 90., z domieszką klasycznego hip-hopu z tamtej dekady.