Garbage zagrali w Warszawie. Pomost między klasyką a nowym rozdziałem

Garbage to jeden z tych zespołów, obok których trudno przejść obojętnie. Dla wielu słuchaczy pozostają symbolem alternatywnego rocka lat 90. i 2000., ale warszawski koncert na Letniej Scenie Progresji 30 maja pokazał, że nie są wyłącznie zespołem od wspomnień. Shirley Manson, Duke Erikson, Steve Marker i Butch Vig wciąż funkcjonują jako aktywny, świadomy własnej historii skład, który nie boi się stawiać obok największych przebojów także aktualnego materiału.

Już samo otwarcie koncertu dobrze ustawiło atmosferę wieczoru. Zanim zespół pojawił się na scenie, z głośników wybrzmiał „Laura Palmer’s Theme” Angelo Badalamentiego, czyli motyw z „Twin Peaks”. Zamiast typowego rockowego intro dostaliśmy więc mroczny, filmowy wstęp, który pasował do estetyki Garbage – chłodnej, lekko niepokojącej, ale jednocześnie bardzo sugestywnej.

Setlista była przemyślanym przecięciem starego i nowego Garbage. Z debiutanckiej płyty pojawiły się „Vow”, „Stupid Girl” i „Only Happy When It Rains”, z „Version 2.0” wybrzmiały aż cztery utwory: „I Think I’m Paranoid”, „When I Grow Up”, „Push It” i „Special”, a późniejsze rozdziały kariery reprezentowały m.in. „Cherry Lips”, „Control”, „Empty” i „No Horses”. Najważniejsze było jednak to, że koncert nie został zbudowany wyłącznie na nostalgii. Garbage zagrali aż pięć utworów z najnowszego albumu „Let All That We Imagine Be the Light”: „There’s No Future in Optimism”, „Hold”, „Have We Met (The Void)”, „Chinese Fire Horse” i „The Day That I Met God”. To tyle samo lub więcej niż z klasycznych płyt, dzięki czemu warszawski występ miał charakter spotkania z zespołem tu i teraz, a nie tylko powrotu do najważniejszych momentów sprzed lat.

img 2065
fot. Damian Paluszkiewicz

Nie zabrakło jednak momentów szczególnych dla fanów śledzących koncertową historię zespołu. Publiczność w Warszawie była świadkiem 1001. wykonania „Only Happy When It Rains” oraz dopiero drugiego wykonania na żywo „It’s All Over but the Crying”. Ten drugi utwór był jednym z ciekawszych punktów wieczoru właśnie dlatego, że wyłamywał się z przewidywalnego zestawu koncertowych pewniaków. Z kolei przed „Right Between the Eyes” Shirley Manson miała wspomnieć o inspiracji Courtney Love dla tekstu, co dodało temu fragmentowi dodatkowego kontekstu.

Sam koncert przypadł na wymagający termin. Tego samego dnia Warszawa żyła również ostatnim dniem Orange Warsaw Festival, więc wybór publiczności nie był oczywisty. Warunki na Letniej Scenie Progresji także nie były idealne – wszechobecny piach pod butami dawał o sobie znać – ale pogoda ostatecznie sprzyjała wydarzeniu. Gdyby spadł deszcz, całość mogłaby szybko skręcić w stronę błotnistego, niemal woodstockowego doświadczenia, zamiast plenerowego koncertu w stolicy.

img 3639
fot. Damian Paluszkiewicz

Bardzo dobre wrażenie zrobił support. Izzy & The Black Trees wykorzystali swój czas konkretnie i bez kompleksów, a Izabela „Izzy” Rekowska wniosła na scenę energię, której nie dało się zignorować. Szczególnie mocnym momentem był przedostatni utwór, gdy wokalistka zeszła ze sceny do publiczności, przełamując dystans i wyraźnie podbijając temperaturę występu. Ten koncert nie sprawiał wrażenia przypadkowego „rozgrzewania” publiczności – był pełnoprawnym, intensywnym otwarciem wieczoru. Zespół został zresztą doceniony później przez Shirley Manson ze sceny, co było miłym i zasłużonym gestem.

Choć Garbage od lat budują wizerunek zespołu rockowego, mrocznego i momentami surowego, atmosfera warszawskiego koncertu była zaskakująco ciepła. Duża w tym zasługa Shirley Manson, która nie tylko prowadziła występ z charyzmą, ale też z życzliwością i wyczuwalną przyjemnością z bycia w Polsce. Nie było w tym dystansu gwiazdy od publiczności – raczej poczucie, że dla zespołu ten wieczór naprawdę ma znaczenie.

Tym bardziej że Garbage nie grają w Polsce często. Warszawski koncert był dopiero czwartym występem zespołu w naszym kraju. Wcześniej pojawili się 24 maja 1999 roku w katowickim Spodku, 9 czerwca 2012 roku na Orange Warsaw Festival na Stadionie Legii oraz 16 listopada 2012 roku w krakowskim Klubie Kwadrat. Po czternastu latach przerwy wrócili 30 maja 2026 roku na Letnią Scenę Progresji.

img 4467
fot. Damian Paluszkiewicz

Warto też podkreślić, że Garbage występują dziś w klasycznym, niezmienionym składzie. Shirley Manson, Duke Erikson, Steve Marker i Butch Vig pozostają podstawowym trzonem zespołu od początku jego działalności, a rotacje przez lata dotyczyły przede wszystkim muzyków koncertowych. Obecnie na żywo wspiera ich Nicole Fiorentino, znana m.in. ze współpracy z The Smashing Pumpkins i Veruca Salt. To ważne, bo w przypadku Garbage ta ciągłość naprawdę słychać – w brzmieniu, chemii scenicznej i sposobie prowadzenia koncertu.

Warszawski występ Garbage był więc czymś więcej niż odhaczeniem kolejnej legendy z listy zespołów, które „wypada zobaczyć”. To był koncert formacji świadomej swojego dorobku, ale niezamkniętej w przeszłości. Największe hity wywoływały oczywiste reakcje, nowe utwory broniły się jako pełnoprawna część setu, a Shirley Manson po raz kolejny udowodniła, że potrafi połączyć sceniczną charyzmę z bezpośrednim, ludzkim kontaktem z publicznością. Garbage w Warszawie nie zagrali koncertu-muzeum. Zagrali koncert zespołu, który nadal ma własny głos.

Garbage, Letnia Scena Progresji, 30 maja 2026 – galeria

Izzy & The Black Trees, Letnia Scena Progresji, 30 maja 2026 (Garbage support) – galeria

Redakcja Gazety Muzycznej

Redakcja Gazety Muzycznej

Jesteśmy niezależną redakcją, która skupia się na tym, co w muzyce naprawdę ważne. Relacjonujemy koncerty i festiwale, podpowiadamy, na co warto zwrócić uwagę, i wybieramy tematy z treścią - nie tylko zasięgiem. Stawiamy na rzetelność, kontekst i muzykę bez plotek i nadęcia. Zamiast gonić trendy, stawiamy na uważną selekcję.