Obywatelka Kasia Lins. Koncert, który zbudował świat Republiki na nowo

Są takie koncerty, które budują własny świat. Do takich właśnie należą koncerty „Obywatelki K. L.”. Kwietniowy koncert w warszawskiej Stodole był ostatnim z tej części trasy. Myślę jednak, że to kwestia czasu, aż Kasia ogłosi kolejną – nie licząc oczywiście wystąpień festiwalowych. „Obywatelka K. L.” to nie tylko album z coverami. To projekt, w którym dojrzała artystka bierze na warsztat dojrzałe teksty Grzegorza Ciechowskiego i Republiki, a następnie przedstawia je na nowo, z typową dla siebie wrażliwością. Jak więc repertuar tak trudny emocjonalnie wypada na żywo w rękach wrażliwej młodej kobiety?

Śledzę muzyczną karierę Kasi Lins od czasu „Wiersza Ostatniego”. Każdy z jej albumów znajdował u mnie swoje miejsce i uznanie, a „Rób tak dalej” to chyba najczęściej słuchany przeze mnie jej utwór. Kiedy usłyszałem o projekcie „Obywatelka K. L.”, pomyślałem: „tak, to do niej pasuje” – i od razu wiedziałem, że repertuar Grzegorza Ciechowskiego i Republiki jest w dobrych rękach. I faktycznie, poszczególne single, a później cały album, tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Jednak być na koncercie to przecież zupełnie coś innego niż tylko słuchać świetnie nagranych coverów.

Koncerty Kasi Lins to perfekcyjny teatr. Każdy utwór jest starannie zaplanowany – muzycznie, wizualnie i choreograficznie. Bo o ile nie ma na scenie tancerzy i tancerek, to każdy ruch Kasi wydaje się przemyślany. Oczywiście jest w tym przestrzeń na improwizację, bo bez tego nie byłoby po prostu fajnego koncertu, ale wrażenie zaplanowania każdego detalu dodaje całości ostatecznego szlifu i poczucia audiowizualnej satysfakcji.

img 2070
fot. Damian Paluszkiewicz

Początek koncertu to zaledwie jedno światło skierowane na mikrofon, głos Grzegorza Ciechowskiego, a po chwili sama Kasia przy mikrofonie. Nie było podbijającego tętno intra ani wybuchowego wejścia na scenę. Było raczej pojawienie się przy mikrofonie, wraz z innymi muzykami. Każdy kolejny utwór był śmielszym krokiem w kierunku większych emocji i niespodzianek. A tych nie brakowało, bo w połowie koncertu główna bohaterka znikając ze sceny, pozostawiła jedynie swój wokal. Ona sama nagle pojawiła się na tyłach publiczności, by wrócić na scenę, przechodząc przez cały klub.

Już na samej płycie aranżacje tego projektu przygotowane są perfekcyjnie. Kasia Lins na albumie brzmi, jak zawsze, idealnie. Karol Łakomiec, gitarzysta w zespole i producent albumu, tworząc go, stanął na wysokości zadania. Na samym koncercie wszystkie dobre cechy studyjnych nagrań jakby się potroiły. Tam, gdzie trzeba, aranżacje były intymne i skromne, ale potrafiły być też drapieżne i energetyczne. Kto nie wyszedł przed końcem, będzie wiedział, co mam na myśli. Z kolei wokal Kasi Lins przypomina, że prawdziwa muzyka, talent i ciężka praca nie potrzebują scenicznych protez, żeby na żywo brzmieć co najmniej tak dobrze, jeśli nie lepiej, jak na płycie.

img 3204
fot. Damian Paluszkiewicz

Nie był to smutny, ciężki, a tym bardziej monotonny koncert. Przeciwnie. Narracja Kasi i jej dialog z publicznością między utworami naturalnie rozluźniały atmosferę trudnych tematów poruszanych w utworach. Reakcje widowni mówiły same za siebie: skupienie, wrzask, brawa, śmiech, a nawet płacz. Najmocniej wybrzmiały utwory „Sexy Doll”, „Zapytaj mnie czy cię kocham”, „Zasypiasz sama” i „Moja krew” – czerwone światło i gra na klawiszach wyniosły je na wyższy poziom. Świetnym popisem gitarowych umiejętności Karola Łakomca był utwór „Śmierć w bikini” – podczas którego zszedł przed publiczność. Trzeba tu dodać, że tego koncertu nie byłoby bez muzyków na scenie: Wiktorii Jakubowskiej na perkusji, Agi Bigaj na klawiszach i Moniki Muc na instrumentach dętych.

Klimat koncertu „Obywatelki K. L.” pozwala faktycznie poczuć muzykę Grzegorza Ciechowskiego i Republiki. Jeśli komuś, kogo na koncercie Republiki nigdy nie było, udało się odczuć ten klimat, to znaczy, że koncert wykonał swoje zadanie. Staranne oświetlenie, wizualizacje w tle, a przede wszystkim archiwalne nagrania samego Grzegorza Ciechowskiego z pewnością miały w tym udział. To interpretacja całości, jaką przygotowała Kasia Lins z zespołem, sprawia, że muzyka Ciechowskiego i Republiki żyje na nowo, na dodatkowym poziomie. Bo przecież nie sztuką jest nagrać album z coverami – sztuką jest nie zepsuć oryginału, a do tego jeszcze umieć zagrać go na żywo, z nową energią i pasją.

img 3527
fot. Damian Paluszkiewicz

Czy było na tym koncercie coś, co mi się nie podobało? Ciężko powiedzieć. Ten wieczór miał swoją bardzo konkretną konwencję i konsekwentnie się jej trzymał. Sala wypełniona ludźmi po brzegi była dobrym znakiem, choć poruszanie się po klubie bywało trudne. Aranżacja świetlna z perspektywy fotografa również potrafiła być wyzwaniem, ale jako element scenicznego świata działała bardzo dobrze.

Kasia Lins, decydując się na ten projekt, wzięła na swoje barki sporą odpowiedzialność artystyczną, choć z pewnością nie podejmowałaby tego wyzwania, gdyby nie była na to gotowa. Trudne i ważne tematy, jakimi są trudna miłość, przemijanie, śmierć, samotność, cielesność czy tożsamość, poruszane w tekstach Ciechowskiego, doskonale do Kasi Lins pasują. Do tego są to teksty pisane z perspektywy mężczyzny, kilkadziesiąt lat temu – wciąż aktualne, niełatwe i poważne. Ta interpretacja wykonywana przez Kasię nie ujmuje oryginałom niczego, ale dodaje pewnej lekkości, smukłości, po prostu kobiecości – choć wciąż pozostaje w poważnym, nierzadko mrocznym klimacie.

„Obywatelka K. L.” nie brzmi jak projekt stworzony tylko po to, żeby nagrać covery kawałków znanych od ponad 30 lat. To decyzja, która udowadnia, że repertuar Grzegorza Ciechowskiego i Republiki broni się na scenie mimo upływu lat. Nadal ma w sobie emocje i przestrzeń gotowe na interpretacje artystyczne. Połączenie tej przestrzeni z wrażliwością Kasi Lins wydaje się dziś czymś naturalnym, a wersje na żywo tylko to potwierdzają.

Galeria zdjęć

Damian Paluszkiewicz

Damian Paluszkiewicz

Jestem redaktorem naczelnym Gazety Muzycznej, fotografem koncertowym oraz właścicielem ogólnopolskiej agencji marketingowej, w której łączymy strategię z kreatywną realizacją i skuteczną komunikacją. Muzycznie najmocniej ukształtowała mnie elektronika lat 90., z domieszką klasycznego hip-hopu z tamtej dekady.