Kiefer Sutherland zagrał w warszawskiej Stodole

Lubię się pozytywnie zaskoczyć. Nie dlatego, że wątpiłem w wokalno-instrumentalne umiejętności Kiefera Sutherlanda, ale dlatego, że country jednak da się słuchać. A jak się okazuje, w country Sutherlanda jest sporo rocka. Najwyraźniej słychać to właśnie na żywo.

Dla kogoś, kto obejrzał wszystkie sezony „24 godzin”, i to nie jeden raz, spojrzenie na Sutherlanda inaczej niż przez pryzmat Jacka Bauera może wymagać pewnego wysiłku. Oczywiście nie jest to jedyna rola, o której warto wspomnieć, choć bez wątpienia jedna z najbardziej rozpoznawalnych. Sutherland na scenie, przed mikrofonem, z gitarą i zespołem, to już zupełnie inna postać. To muzyczne wcielenie przewrotnie pokazuje, jak dobrym jest aktorem. Bo jeśli ktoś potrafi zagrać bezwzględnego agenta, który dla wyższego dobra jest w stanie zrobić wszystko, a później tworzyć emocjonalną muzykę, która na żywo broni się sama, to trudno to podważyć.

005 img 5194
fot. Damian Paluszkiewicz

Sutherland lubi grać cudze kawałki, co zresztą sam otwarcie przyznał. W Warszawie sięgnął po „Only Happy When It Rains” Garbage, „Can’t You See” The Marshall Tucker Band i „In the Air Tonight” Phila Collinsa. I nie powiem – te wykonania miały w sobie coś świeżego. Do każdego coveru Collinsa podchodzę jednak ostrożnie. Ten egzamin mogę uznać za zaliczony, choć ze względu na siłę oryginału zostaję przy ostrożnym optymizmie.

Koncert w warszawskiej Stodole, który odbył się 27 kwietnia 2026 roku, był częścią trasy Love Will Bring You Home Tour. Występ wpisuje się też w promocję nadchodzącego albumu „Grey”, zapowiedzianego na 29 maja 2026 roku. Oprócz utworów z poprzednich wydawnictw usłyszeliśmy między innymi „Goodbye California” i „Simpler Time”. Pierwszy z nich jest pożegnaniem z Kalifornią – miejscem, które spełniło marzenia młodego człowieka. Drugi opowiada o tęsknocie za czasami, które wydają się prostsze, bardziej stabilne społecznie, kulturowo i politycznie.

010 img 5545
fot. Damian Paluszkiewicz

Sutherland zdecydowanie dobrze czuje się na scenie. Jego głos pasuje do tej muzyki i do ekspresji, z jaką ją wykonuje. Trzeba też przyznać, że jest naprawdę dobrym muzykiem. Jego dynamiczna gra na gitarze, pełna krótkich popisów i energicznych wejść, nadaje całości charakteru. To nie jest aktor, który hobbystycznie wyszedł zagrać kilka piosenek. To artysta, który wie, jak utrzymać kontakt z publicznością i jak poprowadzić koncert.

Było to wydarzenie kameralne. Nastrojowe, przygaszone światło i nocna lampka ustawiona przy perkusji skutecznie podkreślały ten klimat. Widownia, w dużej części siedząca, słuchała koncertu w skupieniu. Z tyłu zebrała się jednak mniejsza grupa osób, które wolały przeżywać go bardziej aktywnie i momentami wyraźniej ruszały się do muzyki. Kameralnie było też pod względem frekwencji. Licząc na oko, nie sądzę, aby publiczność przekroczyła pół tysiąca osób.

W europejskiej części trasy Kieferowi Sutherlandowi jako support towarzyszy Colin Andrew. To on wystąpił również przed koncertem w warszawskiej Stodole. Sam Sutherland grał z pełnym zespołem, który znacząco wzmacniał rockowy charakter materiału. Nie tylko dopełniał jego piosenki, ale też pokazywał, że ta muzyka najlepiej działa właśnie w koncertowym, żywym składzie.

Organizatorem koncertu była agencja Live Nation.

Galeria zdjęć

patronite baner na stronę desktop
patronite baner na stronę mobile
Damian Paluszkiewicz

Damian Paluszkiewicz

Jestem redaktorem naczelnym Gazety Muzycznej, fotografem koncertowym oraz właścicielem ogólnopolskiej agencji marketingowej, w której łączymy strategię z kreatywną realizacją i skuteczną komunikacją. Muzycznie najmocniej ukształtowała mnie elektronika lat 90., z domieszką klasycznego hip-hopu z tamtej dekady.