Alphaville w Atlas Arenie – klasyka, która wciąż działa na żywo

Na Alphaville po prostu trzeba pojechać, chociaż raz. Jest to jeden z tych zespołów, które pomimo upływu czasu nie powodują ciar żenady na żywo. Przeciwnie. To dopracowane, w 100% na żywo, muzyczno-wizualne przedstawienie. Z jednej strony powrót do lat 80., z drugiej strony klasyki w nowym wydaniu. I chociaż mogłoby się wydawać, że na taki koncert przychodzą głównie osoby 40+, to grono młodych ludzi na takich wydarzeniach przywraca jednak nadzieję, jeśli chodzi o muzyczne gusta najmłodszych.

Trzeba zaznaczyć, że Marian Gold kończy w tym roku 72 lata. Mimo to wielu dużo młodszych panów może pozazdrościć mu charyzmy na scenie, kondycji i po prostu talentu. A wokalnego talentu z pewnością mu nie brakuje – na żywo brzmi po prostu fenomenalnie. Trochę operowo, trochę rockowo, ale mniej popowo. W połączeniu ze świetnymi muzykami zespołu i oprawą wizualną dostajemy dopracowane widowisko, którego nie powstydziłyby się największe polskie festiwale. Chociaż tutaj dobrze, że są to typowe koncerty, na które raczej nie przyjdzie nikt z przypadku.

img 8978
fot. Damian Paluszkiewicz

Choć tłumów w Atlas Arenie nie było, nie były to też pustki. Raczej spore luzy, co akurat jako fotograf sobie cenię. Przedział wiekowy wydawał się zaczynać gdzieś od 15+ i kończyć na 70+. Sama publika reagowała bardzo różnie: jedni słuchali w skupieniu, inni tańczyli, jeszcze inni wyglądali momentami na nieco znudzonych. Ale gdy przychodziły ważniejsze momenty, było czuć, że ta muzyka dalej potrafi łączyć bardzo różne osoby.

Oprawa wizualna jest tu też nie bez znaczenia. Lubię, kiedy koncerty mają dobre, dynamiczne oświetlenie, a do tego oprócz samej muzyki dzieje się coś dodatkowego. I tu tak właśnie było. Każdy utwór miał starannie przygotowaną, osobną oprawę wizualną na telebimie w tle sceny. Do tego oświetlenie podbijające klimat, które nie zapominało nie tylko o samym wokaliście, ale też o członkach zespołu. Zdarzało mi się bywać na koncertach, gdzie o sfotografowaniu gitarzysty stojącego trzy kroki za wokalistą mogłem zapomnieć – tu w odpowiedniej chwili każdy był widoczny i dało się odczuć, że jest to zespół, a nie muzycy w cieniu wokalisty.

img 0240

Na plus wypada też samo brzmienie koncertu. Bez wielkich rewelacji, ale po prostu poprawne. Nawet w zatyczkach do uszu nie słyszałem żadnych większych problemów. Wokal był dobrze słyszalny, bez nieprzyjemnego pogłosu, a poszczególne partie instrumentalne nie zlewały się w jedną całość. To może nie był dźwięk, o którym będzie się opowiadać tygodniami, ale na pewno taki, który nie przeszkadzał cieszyć się koncertem.

I to właśnie muzycy, oprócz samego Mariana Golda i całej oprawy oświetleniowo-wizualnej, są w tym koncercie bardzo ważni. Carstena Brockera, stojącego za klawiszami, nie dało się nie zauważyć. Zwłaszcza gdy podczas swojego scenicznego performance’u niemal wyrzucał jeden ze swoich instrumentów do góry. Pod koniec koncertu o rewelacyjne show zadbała także basistka Alexandra Merl, która zeszła na front sceny i najpierw popisała się swoimi umiejętnościami przy Marianie Goldzie, a chwilę później weszła w efektowną wymianę z gitarzystą Larsem Kutschke. A wszystko to na tle perkusisty Jakoba Kierscha, który – z racji zajmowanego stanowiska – z miejsca ruszyć się raczej nie mógł. Samego Mariana Golda wokalnie wspierały Elisabeth Markstein i Ulrike Weidemüller.

img 9157
fot. Damian Paluszkiewicz

Jeśli miałbym wskazać minus całego koncertu, to… ciężko mi się do czegoś przyczepić. Po pierwsze, to był mój pierwszy koncert Alphaville. Po drugie, nie miałem żadnych oczekiwań, porównań ani wcześniejszych doświadczeń. Być może wierni, ale krytyczni fani mogliby znaleźć słabe punkty – mnie one po prostu ominęły. Szedłem tam z myślą, że usłyszę na żywo znane mi kawałki – a przyznaję, nie wszystkie znam – a do tego z nadzieją, że uda mi się zrobić kilka poprawnych zdjęć do reportażu, co, wierzę, mi się udało. Ten koncert był po prostu dobry, poprawny, w pełni na żywo – taki, jaki powinien być.

img 1435
fot. Damian Paluszkiewicz

Obok scenicznej energii Carstena Brockera, Alexandry Merl i oczywiście głosu samego Mariana Golda to chyba samą końcówkę koncertu zapamiętam najmocniej. Dwa ostatnie utwory przed bisem, czyli „Sounds Like a Melody” oraz „Forever Young”, zamknęły całość w bardzo energetyczny sposób – zarówno na scenie, jak i wśród publiczności. To właśnie wtedy koncert wyraźnie wszedł na jeszcze wyższy poziom. Na te utwory, razem z najbardziej chyba znanym „Big in Japan” i „Romeos”, czekałem najbardziej. Z Atlas Areny wychodziłem z poczuciem, że zobaczyłem zespół, który nadal potrafi brzmieć, wyglądać i działać na żywo tak, jak powinny robić to prawdziwe koncertowe klasyki.

Damian Paluszkiewicz

Damian Paluszkiewicz

Jestem redaktorem naczelnym Gazety Muzycznej, fotografem koncertowym oraz właścicielem ogólnopolskiej agencji marketingowej, w której łączymy strategię z kreatywną realizacją i skuteczną komunikacją. Muzycznie najmocniej ukształtowała mnie elektronika lat 90., z domieszką klasycznego hip-hopu z tamtej dekady.