Cztery lata po albumie HARD Tove Styrke wraca z nowym rozdziałem – nadchodzącą płytą The Afterparty. Rozmawialiśmy o singlu „Prayer” i o tym, dlaczego stał się otwarciem albumu, o poczuciu, że żyjemy w „afterparty” naszych czasów, oraz o pilnej potrzebie dokumentowania ludzkiego doświadczenia, zanim świat znów przesunie się w nieznanym kierunku. Tove opowiada też o macierzyństwie, ogrodnictwie i sesjach w Sztokholmie, podczas których wraz z Magnusem Larssonem i bliskimi współpracownikami zbudowała spójne brzmienie – bez sampli, napędzane pulsem miasta tuż po zachodzie słońca.
[Damian Paluszkiewicz] Skoro „Prayer” opisujesz jako „jedyne logiczne miejsce, by zacząć opowiadać tę historię” – czy to był pierwszy utwór napisany na album, czy dopiero później stał się otwierającym?
[Tove Styrke] Powstał mniej więcej w połowie pracy nad płytą. Wiedziałam, że chcę mocnego numeru na otwarcie, który pasowałby do nastroju wielkiego miasta, kiedy słońce właśnie znika za horyzontem. Wiedziałam też, że ten album potrzebuje gdzieś takiego beatu – czegoś z dużą energią. Gdy tylko go nagraliśmy, od razu miałam pewność, że to idealny utwór na początek The Afterparty.
[D.P.] W ogłoszeniu albumu mówisz, że „żyjemy w fazie afterparty naszych czasów”. Czy możesz rozwinąć tę myśl i wskazać, jak to „afterparty” objawia się – w emocjach, w sztuce, a może w wydarzeniach na świecie?
[T.S.] To poczucie, że żyjemy w fazie afterparty naszych czasów, przyszło do mnie pewnego dnia kilka lat temu. Wydaje mi się, że to zbiorowe odczucie, które wielu z nas nosi w sobie – że jako społeczeństwo weszliśmy w epokę, w której mamy wrażenie, że szczyt mamy już za sobą, a teraz jesteśmy w stałej podróży ku nieuniknionemu końcowi albo odrodzeniu (świt w tej historii – ostatni utwór na albumie).
Jest w tym coś bardzo ostrego, intensywnego – w tym, jak wielu artystów tworzy dziś, jakby istniało wspólne poczucie, że musimy dokumentować ludzkie doświadczenie teraz, zanim będzie za późno.
[D.P.] „Prayer” to dopiero pierwszy zwiastun nowej płyty. Mówisz, że „niesie w sobie nadzieję i oczekiwanie”. Jakie nadzieje i oczekiwania nosisz dziś w sobie?
[T.S.] Że cała ta dysfunkcja na świecie w końcu obróci się przeciwko sobie i pozwoli ludziom – oraz sztuce – być wolnymi.
[D.P.] Minęły prawie cztery lata od premiery HARD – zostałaś mamą, weszłaś w ogrodnictwo, współprodukowałaś nowy materiał. Jak to wszystko zmieniło sposób, w jaki pracujesz w studiu i podejmujesz twórcze decyzje?
[T.S.] Odkrywanie innych pól kreatywności, jak ogrodnictwo czy aktorstwo, dało mi mnóstwo nowej energii, która napędziła ten projekt. Powrót do natury i macierzyństwo przybliżyły mnie do mojego wewnętrznego dziecka. Mam poczucie, że duża część kreatywności właśnie tam mieszka.
Jako społeczeństwo weszliśmy w epokę, w której mamy wrażenie, że szczyt mamy już za sobą, a teraz jesteśmy w stałej podróży ku nieuniknionemu końcowi albo odrodzeniu.
Tove Styrke
[D.P.] Jakie emocje najbardziej cię zaskoczyły po tym, jak zostałaś mamą – i czy już rezonują w twojej muzyce? Jeśli tak, to gdzie słyszysz je najczytelniej: w tekstach czy w brzmieniu?
[T.S.] Uświadomienie sobie, że nie wiedziałam już wszystkiego. Myślałam, że mam to poukładane, że znam mapę własnych uczuć. Okazało się, że nie.
Teraz wszystko wydaje się bardziej wyraziste i bardziej intensywne. Jednocześnie mniej przejmuję się rzeczami, które nie dotyczą bezpośrednio mojej rodziny. To sprawiło, że jako artystka jestem bardziej nieustraszona – i myślę, że dla sztuki to było bardzo dobre.
[D.P.] Skąd wzięła się decyzja, by tworzyć bez sampli – to była kwestia estetyki, potrzeby bardziej kreatywnego procesu, czy chęć postawienia sobie produkcyjnego wyzwania?
[T.S.] To pomysł, który na wczesnym etapie zaproponował Magnus, mój współproducent. Chciał, żebyśmy spróbowali stworzyć wszystkie dźwięki za pomocą jego syntezatorów, a jeśli to nie byłoby możliwe – nagrywać je w pomieszczeniu. Wyszło na to, że to jedna z najlepszych kreatywnych decyzji, jakie podjęliśmy przy tej płycie. Dało nam to mocne ramy pracy i utrzymało spójność brzmienia w całym albumie.
[D.P.] Wspominasz, że w ostatnich latach zajęłaś się ogrodnictwem. Co sprawia ci w nim największą radość – rytuał, cierpliwość, obserwowanie zmian? Czy taka „ogrodowa uważność” przeniknęła też do sposobu, w jaki tworzysz muzykę?
[T.S.] Kilka lat temu uderzyło mnie to nagle – potrzeba wsadzania rzeczy w ziemię i patrzenia, jak rosną. Uświadomienie sobie, że wszystko w naturze działa w idealnej harmonii – w systemach obiegu zamkniętego – było dla mnie doświadczeniem, które całkowicie zmieniło moją perspektywę. Bycie w naturze daje mi silne poczucie sensu i przynależności.
Kreatywność w obszarach innych niż muzyka stała się dla mnie zdrową praktyką – czymś, co ogólnie poszerzyło moje myślenie twórcze. Ten album nie brzmiałby tak samo ani nie dotykałby tych samych tematów, gdybym nie wróciła do natury w taki sposób.
[D.P.] Opowiedz o miejscu, w którym nagrywaliście The Afterparty – o mieście i otoczeniu. Pracowaliście w jednym studiu czy w kilku lokalizacjach? Jak to miejsce (lub miejsca) wpłynęło na energię i atmosferę płyty?
[T.S.] Cały album nagraliśmy w Sztokholmie. Studio znajduje się w przemysłowej części na południe od miasta i praktycznie wszystko zrobiliśmy właśnie tam. Myślę, że środowisko, w którym tworzysz, wpływa na efekt dużo mocniej, niż można sobie wyobrażać – to, co widzisz za oknem, jak się tam dociera z miejsca, w którym mieszkasz na co dzień, akustyka poza samym pokojem studyjnym, kiedy nucisz melodie po drodze do łazienki, i tak dalej.
[D.P.] Jak poznałaś Magnusa Larssona, Joela Kiviaho i Linnéę Martinsson? Jak dzieliliście role w studiu i czy to był wasz pierwszy wspólny projekt?
[T.S.] Magnus jest moim wieloletnim przyjacielem. Jest muzykiem elektronicznym i producentem, ma też na koncie świetne solowe rzeczy. To z nim zaczęłam muzyczną podróż The Afterparty, a po jakimś czasie dołączyli do nas Joel i Linnéa – oboje okazali się dla projektu nieocenieni.
Linnéa stała się dla mnie jak przedłużenie własnego mózgu, jeśli chodzi o pełne urzeczywistnienie zarówno muzyki, jak i tekstów. Mamy sporo wspólnych odniesień i podobnie myślimy o świecie oraz sztuce, więc możliwość odbijania od niej moich impulsów i sprawdzania, co z tego wynika, była niezwykle cenna.
Joel był niesamowity jako muzyk, songwriter i energia w pomieszczeniu. We czwórkę naprawdę dobrze się uzupełniamy.
[D.P.] Gdybyś miała opisać The Afterparty jednym zdaniem – takim, które najlepiej oddaje ten etap twojej twórczości – co by to było?
[T.S.] „I nagle zrozumiałam – jestem tu, z planem i z pistoletem wycelowanym w niebo”.
[D.P.] Czy masz poczucie, że na tym etapie twojej artystycznej drogi coś w tobie się domknęło – a coś innego dopiero teraz się otwiera? Jeśli tak, to co?
[T.S.] Tak. Nie wiem dokładnie, co to jest, ale bardzo wyraźnie czuję, że to początek nowego cyklu.
[D.P.] Czego słuchasz teraz dla siebie – nie jako artystka, ale jako słuchaczka? Co poleciłabyś naszym czytelnikom?
[T.S.] To kilka rzeczy, których ostatnio słucham i które Wam polecę:
- Live in San Francisco – Alex Cameron
- „Sit Around the Fire” – Jon Hopkins
- Uncut Gems (Original Motion Picture Soundtrack) – Oneohtrix Point Never
Bardzo dziękujemy za rozmowę!
Rozmawiał: Damian Paluszkiewicz / Gazeta Muzyczna







